sobota, 2 maja 2015

Od Katherine - CD historii Jev'a

Wkrótce film się skończył, a ja odstawiłam pusty już kubek z krwią. Przez chwilę gapiłam się na niego dziwnie. Krew nie smakowała już jak kiedyś. Była, cóż... Nie dobra. Miała nieprzyjemny metaliczny posmak.
Działo się tak pewnie dlatego, że zostało mi jeszcze około dwóch godzin, bym całkowicie zmieniła się w wampira. Ten proces trwał powoli i z tego, co słyszałam, był bolesny. Na razie nie wyczułam wyraźnych skutków ubocznych, jednak miałam się na uwadze. Wiedziałam, że gdy mój czas dobiegnie końca, będę czuła ogromne pragnienie. Tym razem to ja mogłam zrobić coś pani Freydez.
- Muszę pojechać do szpitala - oznajmiłam nagle, wpadając na "genialny" pomysł.
- Po co? - zainteresował się Jev.
- Ukradnę trochę krwi, żeby móc się zaspokoić, gdybym nagle dostała napadu głodu - oznajmiłam otwarcie. Jev nie pytał się o więcej. Wiedział, co mam na myśli. - Pojedziesz ze mną?
Zgodził się bez wahania. Zresztą, nie liczyłam na nic innego.

- Masz zamiar po prostu tam wejść, wziąć krew i wyjść? - zapytał, gdy zaparkowaliśmy już przed londyńskim budynkiem szpitala.
- Tak. Ludzie są niezwykle chętni na przekupstwa. Właściwie, to nie tylko oni - wysiadłam z McLarena i poszłam do wejść. Jev natychmiast mnie dogonił, nawet nie pytając się, dlaczego nie raczyłam zamknąć wyjątkowo drogiego samochodu (kosztował około miliona). Wiedział, że tylko głupiec, by mnie okradał. A przecież i tak nałożyłam na niego zaklęcie blokujące. Nikt o złych zamiarach, nie mógł dotknąć mojego autka.
- W czym mogę pomóc? - uśmiechnęła się przyjaźnie recepcjonistka.
Nie wdawałam się w dyskusję, tylko położyłam przed nią dwieście dolarów. Jej oczy się zaświeciły, a ja uśmiechnęłam się sztucznie.
- Przyniesiesz mi teraz pięć litrów świeżej krwi - powiedziałam spokojnie, dodając do moich słów nieco magii. Nie miałam zamiaru słuchać, jak najpierw protestuje, a potem w końcu ulega namowom. Nie miałam na to czasu. Została mi zaledwie godzina.
- Oczywiście - skinęła głową i bez pytań ruszyła w stronę drzwi.
Zauważył to lekarz i podszedł najpierw do niej z jakimś pytaniem, lecz zignorowała go i poszła dalej. Zdziwiony, przystanął obok nas.
- Kim państwo są? - zapytał.
- Nie pana zasrany interes - odezwałam się przyjaźnie. - A teraz niech pan lepiej stąd odejdzie.
Zrobił się czerwony ze złości.
- Wie pani, kim ja jestem?
- Zapewne ordynatorem, sądząc po pana plakietce - mruknęłam obojętnie. - I zanim mi pan zagrozi ochroną, chciałabym pana poinformować, że jestem z Biura - wyciągnęłam sfałszowaną legitymację z FBI i pokazałam mu ją. Natychmiast pobladł.
- Przepraszam bardzo... agentko Aristow - przeczytał na moim dokumencie. - Nie sądziłem, że rząd amerykański jest zainteresowany naszym szpitalem. W czym mógłbym pani pomóc?
- Pan w niczym - spojrzałam na wracającą dziewczyną, tachającą walizkę. - Pańska recepcjonistka już to zrobiła. Czy to wszystko, o co prosiłam?
- Oczywiście - uśmiechnęła się i schowała dwie stówy do kieszeni. - Życzę miłego dnia.
- Nawzajem - odwzajemniłam uśmiech, a następnie machnęłam dłonią przed ich twarzami. - A teraz wszystko zapomnicie.
Zamrugali zdziwieni, lecz ja tylko odwróciłam się i razem z walizkę wyszłam. Złapałam Jev'a za rękę.
- Tak się właśnie załatwia interesy, skarbie - pocałowałam go w policzek.

Jev?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz