Nie potrafiłam ukryć poczucia winy, co było dla mnie dość rzadkie. Zwykle sprawiałam cierpienie ludziom umyślnie i nigdy tego nie żałowałam. Wręcz pławiłam się w ich cierpieniu. Za to z Casprem było inaczej. Sprawiłam mu cierpienie najgorszego rodzaju - samotność.
- Masz pecha, że musiałeś się akurat urodzić z taką matką, jak ja - powiedziałam cicho. - Lepsze są już narkomanki, alkoholiczki lub morderczynie.
- Z tego, co wiem, spełniasz dwa ostatnie warunki - warknął, równie cicho. Napięcie z jego ciała odrobinę zeszło, ponieważ zaczął przyswajać do siebie myśl, że niedługo będzie miał rodzeństwo. Spojrzał na mnie oczami przepełnionymi bólem dawnych lat. - Zawsze byłem sam. Od najmłodszych lat. Spędziłem w sierocińcu wiele lat, myśląc, dlaczego musiałaś mnie oddać. Co ja takiego zrobiłem, by zasłużyć na taki los? Byłem przecież niewinnym smarkaczem. Na dodatek - bez przyjaciół. A dlaczego? - zaśmiał się z goryczą. - Ponieważ urodziła mnie wampirzyca, musiałem być taki sam jak ona. Miałam odlotowe zdolności i rozwinięte zmysły, lecz to nie było dobre w oczach moich rówieśników. Omijali mnie szerokim łukiem, ponieważ się mnie bali. Były dnie, gdy sam siebie się bałem - oparł się o ścianę i uciekł, gdzieś spojrzeniem, zapatrzony jakby w dal. Było widać, że boleśnie wspominał minione czasy. - Kiedy cię odnalazłem, myślałem, że będzie inaczej. Że dasz mi dom i miłość. Pierwszy raz poczułem nadzieję, że mam szansę mieć rodzinę - wreszcie zwrócił na mnie swoje spojrzenie. - Ale ty najwyraźniej postanowiłaś mnie wykluczyć i dać tą szansę komuś innemu. Oddać komuś innemu tą miłość, która powinna należeć się mnie! - ostatnie słowa wykrzyczał, a gdzieś na zewnątrz strzelił piorun.
- Masz rację - powiedziałam twardo. - Jestem okropna, pod każdym względem. I nie tylko dla ciebie. Nie tylko tobie spieprzyłam życie. Setki, jeśli nawet nie tysiące, ludzi cierpiało, ponieważ ja postanowiłam interweniować w ich życie! I dlatego właśnie nie chcę zakładać rodziny! Ponieważ boję się, że pewnego dnia moje dzieci przestaną mnie akceptować i odwrócą się ode mnie! Nie mogłabym tego znieść.
- Ja cię akceptuję - szepnął, a po jego policzkach spłynęły łzy. - I nie odwróciłbym się od ciebie. Gdybyś tylko dała mi szansę...
Ja teraz również płakałam. Podszedł do mnie, już spokojnie, i mnie objął. Odwzajemniłam uścisk. Po chwili poczułam jego zapach. Pachnął... Cóż, jak ja. Jak moje ubrania, mój dom. Był częścią mojego życia. Częścią, której nie mogłam się pozbyć.
- Daję ci tą szansę - powiedziałam, patrząc mu prosto w oczy. - Będziemy rodziną. Obiecuję.
Uśmiechnął się lekko, lecz po chwili jego twarz całkowicie mieniła się szczęściem i nadzieją. Uwierzył mi i zaufał. To było dla mnie ważne.
- W takim razie cieszę się, że będę miał... - zatrzymał się.
- Siostrę - dopowiedziałam, również się uśmiechając. - To dziewczynka.
- Siostra - posmakował te słowo na języku i było widać, że mu się ono spodobało. - Cudownie.
Niedługo potem ja i Jev wsiedliśmy do mojego McLarena. On oczywiście uparł się, aby prowadzić. Przewróciłam tylko oczami, dając mu szansę na popis. Pojechaliśmy prosto do domu w Londynie, ponieważ zbliżała się noc, a nie chciało nam się dojeżdżać do Sheffield. Doszłam do wniosku, że pod mojego powrotu z Thazar nie byłam jeszcze w swoim drugim domu. Zauważyłam, że ostatnio rzadko tam bywam. Ten w Londynie był większy i znacznie bardziej mi się podobał. Może oddam tamten Casprowi? Nie. Pewnie będzie chciał być blisko mnie. W takim razie może pani Freydez? Co prawda, będzie musiała dojeżdżać, ale pewnie ona i pan Freydez się ucieszą. Uśmiechnęłam się. Tak, to był dobry pomysł.
- O czym myślisz? - zapytał mnie Jev zauważając mój uśmiech. Dostrzegłam, że staliśmy już na parkingu. Szybko wysiadłam z samochodu i złapałam go za rękę. Razem weszliśmy do środka.
- Dosyć rzadko bywam w tamtym domu w Sheffield, więc pomyślałam, że mogę go oddać pani Freydez. Powinno to zamknąć jej buzię w sprawie podwyżek na dobre pięćdziesiąt lat.
- Nie sądzisz, że pani Freydez nie będzie tyle żyć?
- Coś ty. Podałam jej i panu Freydez eliksir długowieczności. Uznała, że woli to, niż przemianę w wampira. Nie chcę pić krwi, ale chce być nieśmiertelna. No... To znalazłam sposób.
Uśmiechnął się. Nagle wpadłam na jeszcze jeden genialny pomysł.
- Posłuchaj... - zatrzymałam nas na ganku. - Dużo czasu u mnie przebywasz i pewnie będziesz spędzał teraz jeszcze więcej - znacząco spojrzałam na mój brzuch. - Więc to wydaje się oczywiste... Chciałbyś tutaj, ze mną, zamieszkać?
Jev?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz