Akurat gdy była scena egzekucji Johna Coffeya pani Freydez przyszła podając nam kubeczki z nadrukiem Coke i kartoniki maślanego popcornu. Patrzyła przez chwilę na męczarnie Johna i fuknęła coś o Stephenie Kingu, który ponoć wystawił ją na imprezie.
Gdy wyszła parsknęliśmy śmiechem.
- Czy ona nie ma czasami Alzheimera? - mruknąłem pytająco
- Czasami się zastanawiam, ale raczej bym to zauważyła - odparła i wzięła kubek do ręki. Przez słomkę przepłynęła czerwona ciecz.
- Podaje nam krew? - zdziwiłem się i dopiero teraz wyczułem ten zapach. Było nim przesycone całe powietrze,
- Widocznie nie chce żebyśmy ją zeżarli. - zauważyła protekcjonalnie Katherine sącząc napój. Jednak na jej twarzy zauważyłem namiastkę zdziwienia i niepokoju. Może gosposia nie była całkowicie przekonana o moich dobrych zamiarach,
- Pieprzyć to - szepnąłem i wziąłem kubek.
Mmm, ale to było pyszne. Niczym rozkosz przepływająca przez słomkę.
Podczas gdy Katherine piła powoli i oglądała, ja zachłannie wychłeptałem całą zawartość.
Jev, spokojnie - usiłowałem się uspokoić, ale ludzka krew działała na mnie zbyt silnie. Nie mogłem znów uciec w mord. Nie miałem ku temu powodów. - i to zdanie powtarzałem sobie w kółko do końca seansu, błagając w duchu by Katherine nic nie zauważyła. Nie miałem zamiaru ani ochoty iść na odsiadkę na terapię. Musiałem żyć tak jak inne wampiry. Pijąc, nie narażając się na uwagę i kłopoty. Dlaczego za mną zawsze chodziły takie okropne problemy?
Katherine? To chyba moje najgorsze opowiadanie wszech czasów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz