- Musimy wszystko dokładnie załatwić. - zaoponował i patrzyliśmy na to jeszcze chwilę.
- To nie daje mi wytłumaczenia, żadnego. - zaprzeczyłem i ponownie spróbowałem się poruszyć, tym razem pomyślnie.
- Ach, Jev, jaki ty jesteś powierzchowny. Nie chcesz sobie poprzypominać poniektórych momentów z twojego życia.
- Tych nie. - wskazałem ręką na chłopca, który ze łzami w oczach biegł w stronę jeziora. - A tak poza tym ile nam ta cała wyprawa - zakrEśliłem okrąg - nas kosztowała czasu.
- Jakiś tydzień. - mruknął
- Kurwa mać! - jak rzadko mi się to zdarzało zawyłem przeklinając wszystkie istnienia - Przecież to za długo!! Katherine mogła...
- Ach, tak, już urodziła. - mruknął, a ja chwyciłem go za gardło.
- JUŻ, WRACAMY.
Jego śmiech rozbrzmiał echem w mojej głowie.
- Zapomniałeś, że to ja jestem Iluzjonistą. - ponownie się roześmiał, tym razem mętnie i gorzko. - Spełniam tylko warunki umowy, a ty spełnisz moje.
Warknąłem pod nosem, ale puścił to płazem.
- Teraz kierujemy się do twojego domu. Do mamusi, którą ponad życie pragniesz zobaczyć. Bo pragniesz tego, prawda.
- Pragnę tylko wrócić do rzeczywistości, do Katherine i mojej córki. - zaparłem się, ale on i tak magicznie pociągnął mnie za sobą.
Katherine?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz