- Dobra, wiem, wiem - zaśmiałam się i praktycznie wypchnęłam go za drzwi. Potem się o nie oparłam, pozbywając się ostatniego gościa i uśmiechnęłam się do Jev'a. - No, na reszcie. Myślałam, że już nigdy sobie nie pójdzie.
- Po prostu się o ciebie martwi - objął mnie w talii i skierował w stronę sypialni. - Nie dziwię mu się. Ja też się o ciebie martwię.
- Nie ma takiej potrzeby - pocałowałam go w policzek. - Chodźmy już spać.
- Jasne.
Następnego dnia siedziałam przy biurku i pisałam list do jakiegoś tam ważnego typka z Włoch, z prośbą o eksmisję jego gnojków, którzy przyczepili się do moich ludzi. Wampirza mafia jest do dupy, uznałam.
Nagle fax zadygotał i zaczął wykonywać znajome dźwięki. Zmarszczyłam czoło i spojrzałam na niego. Nie spodziewałam się żadnych wiadomości.
A tu czekała mnie niespodzianka. Porwałam szybko kartkę i usiadłam na fotelu.
- Pani Freydez! - krzyknęłam.
Kobieta weszła wolnym krokiem do gabinetu.
- Poproszę kawę.
- Latte? - mruknęła, jakby to było oczywiste.
- Nie, jakąś mocniejszą. Najmocniejszą, jaką mamy.
Spojrzała na mnie dziwnie.
- Wszystko w porządku?
- Kod czerwony, można powiedzieć.
Zbladła.
- Kto?
- Jeszcze nie wiem. Tylko się domyślam. Ale dziś wieczorem będziemy miały gościa.
Jev?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz