piątek, 8 maja 2015

Od Katherine - CD historii Jev'a

Dochodziła dziewiąta. Siedziałam, rozłożona na swoim fotelu i gapiłam się w ścianę. Jev na szczęście nie wrócił, a ja wysłałam panią Freydez do domu. Nie chciałam, by przez przypadek została ofiarą lub zakładnikiem. Nie ufałam osobie, z którą miałam się spotkać. Bez względu na łączącą nas przeszłość, wiedziałam, że będzie w stanie dokonać najgorszych czynów, by dotrzeć do swojego celu. Dokładnie, tak, jak ja. To zadziwiające, jak byliśmy różni i jednocześnie, jak podobni.
Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. Już czas, pomyślałam, wzdychając ciężko i leniwie podniosłam się z fotela. Jeszcze rok temu wzięłabym pewnie ze sobą jakąś broń, lecz teraz nie było mi to potrzebne. W ciągu tego roku wydarzyło się na prawdę wiele. A moje nowe zdolności są jednymi z tych rzeczy.
Otworzyłam drzwi wejściowe, lecz nikt tam nie stał. Przewróciłam oczami i wyszłam na ganek, a następnie pokonałam połowę drogi do bramy. Nie miałam zamiaru opuszczać mojej posiadłości, choć najbliższych sąsiadów miałam kilka kilometrów dalej.
- Jesteśmy sami - powiedziałam w ciemność. - Nie prowadź tu swoich gierek, Aleksandrze. Nie wyjdzie ci to na zdrowie.
Zza moich pleców dobiegł cichy, lekko zachrypnięty śmiech. Odwróciłam się do radośnie uśmiechającego się wampira. Nie odwzajemniłam uśmiechu. Jego widok prawie zwalił mnie z nóg. Wyglądał młodziej, niż poprzednio. Bardziej żywo i jednocześnie spokojniej. Jakby dawne winy już go nie obarczały. A przecież wiedziałam, że to nieprawda.
- Kochana Kathie - szepnął głosem drżącym od emocji. Wyglądał, jakby miał mnie zamiar przytulić. Dla bezpieczeństwa odsunęłam się krok do tyłu, co wyraźnie go uraziło. - Czym sobie zasłużyłem, by moja własna córka nie chciała powiedzieć do mnie "papciu", jak za dawnych lat?
- Przypomnijmy sobie - mruknęłam sarkastycznie. - Zabiłeś moją matkę, oszukiwałeś mnie latami, a następnie pojawiłeś się z moim byłym mężem, jak gdyby nigdy nic. A teraz powracasz ponownie - zmarszczyłam brwi. - Tak właściwie... Jak zdołałeś przerwać moje zaklęcie?
- Twoje zaklęcie na mnie nie działają, skarbie - odpowiedział, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. - Łączy nas krew. Jesteśmy rodziną.
- Nie jesteśmy rodziną - warknęłam, choć starałam się to opanować. - A Christopher jest jedyną osobą, z którą jestem złączona krwią.
Pokręcił głową z dezaprobatą, lecz nie wydawał się urażony. Było widać, że spodziewał się takiej odpowiedzi.
- Czego ode mnie chcesz? - zapytałam. - Nie mam ochoty owijać w bawełnę.
- Nic konkretnego - zaczął się bujać na swoich nogach, niczym nastolatek. - Chciałem ci tylko złożyć gratulacje, z powodu mojego drugiego wnuka. A raczej wnuczki, prawda?
- Skąd o tym wiesz? - syknęłam. - To nie twój interes. Przestałam cię uważać za ojca w chwili, gdy dowiedziałam się prawdy.
- Każdego dnia żałuję, że zabiłem Elisabeth! - nie wytrzymał i krzyknął. - Myślisz, że tylko ty cierpisz!? Nie masz pojęcia, jak to jest zabić ukochaną ci osobę! Zrobiłem to dla ciebie! Bo chciałem, żebyśmy mieli lepsze życie! A ty odeszłaś! - załamał się i upadł na kolana. - Odeszłaś i od tamtej pory byłem całkiem sam. Zniszczyłem moją rodzinę, lecz teraz zamierzam to naprawić.
- Nie naprawisz tego - powiedziałam bezlitośnie, nie zważając na jego wyraźne cierpienie. - Nie pozwolę, być zbliżał się do mnie i do moich bliskich.
- Nie rozumiesz - pokręcił głową, uśmiechając się szaleńczo. - Ja już to naprawiłem. I nie masz nic do tego. To siła wyższa, córeczko - wyjął coś z kieszeni i wypuścił tak, że zawisło w jego dłoni.
Otworzyłam szeroko oczy i odsunęłam się o następny krok. Aleksander trzymał w dłoni nic innego, jak przeklętą króliczą łapkę. Dosłownie przeklętą. Czułam od niej moc.
- To chyba nie jest...
- Tak, jest. To nie jest podróbka, których używają śmiertelnicy. To prawdziwa królicza łapka, przynosząca szczęście... Będę szczęśliwym człowiekiem!
- Do czasu - starałam się mu to uświadomić, lecz dla niego było już za późno. - Faktycznie, będziesz miał szczęście, ale prędzej, czy później ją zgubisz. Każdy ją gubi. A wtedy...
- Tak, tak. Wtedy spadnie na mnie klątwa siedmiu grzechów głównych. Wielkie mi halo. Nie zgubię jej.
- Zgubisz! Każdy gubi! Taki już jej los! - jęknęłam głośno i złapałam się bezradnie za głowę. - Możesz mieć szczęście, lecz ono nie dotyczy ludzi. Jeśli nie chcę być twoją córką, to nie będę.
Wyglądał, jakbym go uderzyła.
- Nie? To tak nie działa?
- Nie. To może dać ci wszystko. Władze, majątek, szczęście... Ale nie rodzinę! Nienawidzę cię i przeklinam cię każdego dnia. Dlaczego miałabym tego chcieć?
Spojrzał na mnie wściekły. Czułam, że za chwilę zrobi coś, czego będzie potem żałował.
- W takim razie umrę - powiedział cicho. - Lecz dam ci ostatnią radę, córko...
Podszedł do mnie powoli i złapał mnie za dłoń. Pozwoliłam mu na to, widząc cierpienie w jego oczach.
- Nigdy nie ufaj czarownicom - uśmiechnął się drapieżnie, a ja poczułam, jak wkłada w moją dłoń coś miękkiego.
Po chwili na jego miejscu pojawiła się Yona, śmiejąc się głośno. A w mojej dłoni leżała mała, królicza łapka.
- To było bezcenne! - zaśmiała się ostatni raz. - Tej klątwie nie da się umknąć, więc raczej będziesz na nią skazana... Ciekawe, czy dasz radę przetrzymać u siebie króliczą łapkę przez te osiem miesięcy. Inaczej zginiesz nie tylko ty, prawda?
- Co jest w tym takiego zabawnego? Oddałaś mi ją, a to oznacza, że masz tylko siedem dni życia.
- Nie do końca - uśmiechnęła się i pociągnęła lekko za palec. Zdejmowała rękawiczki! Przezroczyste, idealnie pasujące do skóry. - Chyba się już pożegnam. Pozdrów narzeczonego! - zmarszczyła brwi. - Chociaż nie jestem pewna, czy będziesz miała jeszcze okazję - po chwili rozpłynęła się w chmurę dymu, a ja zostałam sama, trzymając w dłoni króliczą łapkę.

Jev?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz