Jednak pierwsze udałem się do lasu, kompletnie nie wiem po co, ale coś mnie do niego przyciągało.
Usiadłem nad rzeką i napiłem się z jej źródła. Nabierając w ręce wody zobaczyłem twarz, która migotała w tafli. Odwróciłem się i zobaczyłem wysokiego mężczyznę kucającego obok mnie. Jego twarz wykrzywiał szyderczy uśmieszek. Wstałem by przyjrzeć mu się lepiej, ale on nagle zniknął... i pojawił się za mną.
- Kim jesteś?
Prychnął znudzony.
- Zawsze to samo pytanie. - mruknął - Jakby nikt z was nie pamiętał. - zaśmiał się i poprawił swoje przyciemniane okulary. - A no tak... - zamyślił się teatralnie - Bo nikt z was nie pamięta,
- Czego? - nie bawiła mnie jego gierka, zwłaszcza, że nie znałem jej zasad. Były w ogóle jakieś?
- Umowy rzecz jasna. - odparł, a pierwsze słowo wymówił niemal z czcią. - Umowy - powtórzył - A ja zawsze jej dotrzymuje. - przez chwilę pomyślałem, że w jego słowach jest zawarta groźba.
- Ostrzeżenie - powiedział, po to by rozwiać moje wątpliwości - Ale jest tylko jedno. - rozciągnął usta w perfidnym grymasie. - Więc powiedzmy, że jest to 'groźba' - zakreślił w powietrzu dwa króliczki (na znak cudzysłowu)
- Nadal nie rozumiem twoich słów. To pomyłka. - każde słowo wypowiedziałem stanowczo, mając na celu odejście.
- Panie Monaghan, proszę poczekać. - skąd on do cholery wiedział kim jestem?
- Nazywam się Jev. Jev Roth. - poprawiłem go mierząc przy okazji wzrokiem - A pan?
Odchrząknął znacząco.
- Zwą mnie Iluzjonistą. - wypowiedział dumnie i podał mi swoją dłoń obitą w białą rękawiczkę. Było z nim coś nie tak. Podczas gdy każdy normalny mieszkaniec Londynu (nienormalny równieź) miał na sobie luźne ubrania, ten był niemal ściśnięty swoim strojem. Miał na sobie czarny staromodny kapelusz; wcześniej wspomniane przeciwsłoneczne, eleganckie okulary; czarny garnitur i tego samego koloru spodnie i buty. Wyróżniał się, a nie powinien.
- Słuchaj, ty całe Iluzjonatku - mruknąłem - Jeśli jesteś... - urwałem by dobrze dobrać słowa. Nie mogłem mu zdradzić kim jestem, chyba, że już to wiedział, jak wszystko inne - stworzeniem Nocy, to lepiej...
- Stworzeniem Nocy? - parsknął - Nie. Ale powiedzmy, że zaliczam się do twoich magicznych ziomków.
- Ziomków? - uniosłem brwi. Skąd ten facet się urwał?
- A teraz dość. - wyciągnął rękę jakby usiłował mnie uciszyć. Poczułem niewidzialną rękę, która ścisnęła mnie za gardło. - O, już lepiej. - uśmiechnął się (znow!) niewinnie - Posłuchaj co mam do powiedzenia, a raczej... - znów ta melodramatyczna pauza - do pokazania. - pochłonął mnie mrok
Lata dwudzieste XX wieku
Kroczę przedmieściami Nowego Orleanu, gdzie przed paroma chwilami dokonałem mordu na kilkunastu kobietach. Porzuciłem ich ciała w lokalnych śmietnikach, niektóre zakopałem w lesie, i tak wiedząc, że dzikie psy kiedyś je rozszarpią. Nie przejmowałem się tym. Wprawdzie moje emocje nie były wyłączone, ale zagłuszone przez nocny łowiecki instynkt.
Z moich ust zbryzganych krwią sączą się kropelki krwi, niektóre spadające na koszulę, która niegdyś biała, teraz pokryta czerwoną lepką cieczą, w dodatku bardzo smaczną.
Zmierzam w stronę kolejnej ofiary, która siedzi przy fontannie, przyglądając się nocnemu niebu,
Jestem coraz bliżej, ale ona nagle znika. Jakby była tylko wytworem mojej wyobraźni, iluzją.
Zamiast niej pojawia się mężczyzna, a apetyt przestaje mi doskwierać. Krew płynąca w jego żyłach nie przysporzy mi rozkoszy. Jet trująca, a jego serce nie bije w normalnym ludzkim tempie. Chwilami zbyt wolno lub zbyt szybko.
Mimo niechęci, jaką odczuwam do ów człowieka, podchodzę bliżej zaciekawiony.
- Witam - odwraca się i podaje mi dłoń, Mimo ostrego wzroku nie jestem w stanie ujrzeć szczegółów jego twarzy. Przesłania je jakiś dziwny rodzaj mroku.
Moja ręka nie dotyka nagiej skóry, raczej jakiegoś materiału.
Mężczyzna obrzuca mnie wzrokiem, niezbyt zdziwiony tym, że jestem pomazany ludzką krwią. Nie jest mną przerażony, ani zaciekawiony. Za to ja wręcz przeciwnie. Chcę wiedzieć kim jest.
- Iluzjonista. - przedstawia się - Dla przyjaciół I.
- I? - odzywam się po raz pierwszy, mój głos jest nieco zachrypnięty. - I. - poprawiam się już normalnym, zdecydowanym tonem. - Jev Monaghan, - mówię, choć już od dawna przedstawiam się z innym nazwiskiem.
- Monaghan. - mruczy, a raczej z jego gardła wydobywa się charkot. - Cóż, w związku z tym, że znam twoje nowe nazwisko, a podajesz mi teraz stare, ufasz mi. - stwierdza
- Nikomu nie ufam. - odpowiadam wyrywając rękę, z której najwyraźniej wszystko wyczytał. - Nikt na to nie zasługuje. - warczę przygotowując się do ataku. Nie obchodzi mnie kim jest, nie ma prawa zachowywać się tak pewnie.
- Uciekasz od przeszłości - pada kolejna bolesna prawda.
- A kto by nie uciekał od takiej przeszłości? Nie będę ci nic tłumaczył, pewnie wiesz.
- Owszem, wiem - odpowiada w ten irytujący sposób świadczący o tym, że zgłębił najskrytsze zakamarki mojego umysłu. Czytał ze mnie jak z otwartej księgi.
- Czego chcesz! - wybucham nie zdolny znieść napięcie, które pochodzi od jego osoby.
- Pomóc ci. - odpowiada spokojnie.
Chcę zaprzeczyć, że jej nie potrzebuje, ale ciekawość jest silniejsza.
- W jaki sposób? - pytam
- Zawrzyjmy umowę. - oświadcza i czeka na moją reakcję - Ale pierwsze opowiedz mi jak wyobrażasz sobie swoje życie za 100 lat. - on nie prosi, on żąda
- Za 100 lat? - prycham - Nadal będę tym samym wampirzym rozpruwaczem ludzkim ciał. - odpowiadam gorzko - Nie wierze, że będzie inaczej bo na to nie zasługuję.
- Dobrze - kończy moją odpowiedź i podsumowuje - Za dokładnie jeden wiek przyjdę do ciebie i zabiorę cię w podróż twojego życia. Podróż, która pozwali ci wyjaśnić zagadkę nieśmiertelności, wszystkie pytania: dlaczego, po co? Będziesz wiedział co zdarzyło się w przeszłości, co jest teraz oraz co będzie dalej.
- A ja co mam ci dać? Przecież nic nie mam. - oponuje
- Podarujesz mi coś, czego nigdy nie miałem.
- Co to jest? - pytam
- Serce.
Gdy powracam do rzeczywistości, pierwsze co robię jest wylanie się litanii przekleństw z moich ust.
Zwłaszcza dlatego, że wiem, że to prawda. Przypominam sobie.
- Pamiętam cię. - odezwałem się po krótkiej chwili milczenia - I.
- Doskonale - odpowiedział, a jego ton głosu zmienił się na nieco przyjaźniejszy. Jednak nie mogłem mu do końca ufać. To iluzjonista, a także świetny aktor. Nie mogłem dać się zwieść. - Dzisiaj minął wiek - oznajmił i odczekał chwilę by dać mi to wszystko do przemyślenia.
- Teraz? - zapytałem, a on pokiwał zgodnie głową. - Mógłbym chociaż...
- Powiedzieć do widzenia? - dokończył za mnie. - Nie. - odpowiedział twardo. Umowa to umowa. Wiek minął przed minutą. Musimy już iść. - pośpieszał mnie
- List. - odpowiedziałem i wyciągnąłem zmiętą kartkę papieru. - Daj mi tylko dwie minuty.
- Dwie. - zgodził się i usiadł na kamieniu.
- Cholera. - mruknąłem, bo spostrzegłem, że nie mam długopisu.
- Tego? - zapytał podając mi ołówek, na którym wygrawerowany było jego imię.
Droga Katherine!
To bardzo długa historia, a na napisanie listu mam niecałe dwie minuty, więc obawiam się, że nie mógłbym opisać jej tak szybko. Powiem tylko tyle: Zawarłem umowę i muszę się z niej wywiązać. Nie chce jej tak bardzo jak kiedyś, ale nie mam wyboru. Nie będzie mnie kilka dni...
- Możesz dodać, że kilka tygodni - podpowiedział Iluzjonista, wskazując na kartkę
albo kilka tygodni - co na pewno nie okaże się prawdą.
Nie chce cię zostawiać samą, w ciąży, ale tu nie ma innego terminu. Obiecuje ci, że będę przy narodzinach naszej córki. Nie mógłbym przepuścić tego wydarzenia.
Całuje cię mocno i pamiętaj, że cię kocham,
Chciałbym jeszcze dodać, że po powrocie mogę nie być taki...
- Dwie minuty już minęły, idziemy - zarządził i wyrwał mi kartkę z ręki. - Wyślę ją do biura twojej dziewczyny.
- Narzeczonej - poprawiłem go, ale to słowo nadal było dla mnie ogromnie obce.
- Co za różnica. - machnął ręką - Gotowy?
- Nie mam innego wyboru.
Katherine? Coś na orzeźwienie sytuacji, a nie ciągły romance.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz