Na chwilę przestałem się tym zamartwiać gdy odpłynęliśmy z Katherine w krótki, ale pełen rozkoszy niebyt. Chciałem by tak wyglądało nasze życie. Na wieczność.
Ona jest łatwa, ale życie nią już trudniejsze.
Podczas gdy Katherine udała się na rozmowę z Christopherem poszedłem na bankiet by napić się whiskey. Oczywiście zostałem zasypany masą gratulacji i tym podobnym. Nagle ludzie, którzy przed paroma godzinami mnie nie znali, zaczęli się ze mną rozmawiać jakbyśmy byli starymi znajomymi.
Skoro mowa o dobrych starych znajomych.
- Bracie! - ciężka ręka Rixona spoczywała na moim ramieniu, poklepując go. - No... wiedziałem, że tak będzie. - zaśmiał się serdecznie - Ale... jesteście nieostrożni - pokręcił głową - Wpadka.
- Nie ciąży mi to tak jak twoja łapa, więc bądź łaskaw się na mnie nie opierać. - powitałem go radosnym śmiechem i oczywiście ripostą, której nie umiałem zbyć. - Witaj, uznasz to za dziwne i babskie, ale tęskniłem za tobą!
- Będziesz niedługo miał kolejną i już całkiem mi zbabiejesz.
- Nie zastanawiałeś się nad szkołą? Nauczyłbyś się...poprawnie wymawiać słowa. Stopniować...
- To ty nie wiesz jak się zakłada... - nie dokończył bo elita posłała nam dziwne i zniesmaczone spojrzenia - to na to. - wskazał 'dyskretnie' ręką na rozporek.
- Zamknij się już i opowiedz jak ci się wiodło przez ten cały czas. - wywróciłem oczami do góry, jednocześnie ciesząc się z obecności przyjaciela, który oprócz wcześniej wspomnianych wampirów należał do mojej rodziny, której za nic nigdy nie chciałem stracić.
Katherine? Brak weny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz