W śmieciach zauważyłem dużą brązową torbę - wręcz idealną na ludzkie zwłoki.
Nie znalazłem łopaty, więc zacząłem kopać rękami dziurę na parę zabitych ludzkich nastolatków.
Nie była to taka trudna sztuka - gdy piłem ludzką krew wydawało mi się, że jestem niepokonany, nieśmiertelny - jestem Panem całego Wszechświata.
Wtem wpadłem na zjawiskowo mądry pomysł - Skoro wykopałem dziurę, mogłem to zwalić na dzikie zwierzęta, które i tak kiedyś by odkopały ciała i je rozszarpały, albo policja by je prędzej znalazła i rozpoznała rozszarpane gardła jako sprawka nadnaturalnej istoty. Narysowałem w ziemi ślady łap, a swoje zatarłem. Kilka kilometrów dalej wyciągnąłem ciała i polałem je wódką, po czym rzuciłem zapalniczkę. Niedługo po tym został z nich tylko popiół.
Ukrywałem się w lesie czekając na kolejne ofiary. Zapadał już zmierzch, a ja słyszałem dokładnie kilkaset stóp od mojego miejsca położenia imprezę na skraju lasu, gdzie płynęła rzeka.
Muzyka dudniła mi w uszach, a krzyki rozbawionych i najpewniej upijaczonych nastolatków dawały mi się we znaki. Skakali do wody i urządzali wyścigi.
Przez myśl przeszło mi wspomnienie gdy razem z młodszymi braćmi poszliśmy nad rzekę by wykąpać się, nabrać potrzebnych zapasów wody, a następnie pobawić się jak nigdy. Miałem wtedy 15 lat, więc mój ojciec jeszcze żył i mogłem spokojnie się bawić i nie mieć całego ciężaru utrzymania rodziny na barkach. Również urządziliśmy wyścigi - dałem fory Christianowi - wówczas mojemu 7 letniemu bratu, który widział we mnie autorytet.
Nagle coś we mnie pękło, kły boleśnie się schowały i zalała mnie fala tych wspomnień z dzieciństwa. Christianowi pękło by serduszko gdyby zobaczył mnie w takim stanie - potwora bezlitośnie zabijającego ludzi, uśmiechającego się gdy ich ciała liżą języki ognia by spalić je na szary proch.
Nie chciałem być potworem, ale nie umiałem się powstrzymać. Powinienem mieć silną wolę - nie robić tego, nie robić czegoś co moja urodzina uważałaby za karygodne. Przez lata nie myślałem o czasach gdy byłem dzieckiem - nie chciałem do tego wracać, bo to zawsze prowadziło do utraty kontroli nad sobą - wspaniałe dzieciństwo, śmierć ojca, praca u Verona, fatalne zauroczenie, które doprowadziło mnie do tego - kim jestem. Jestem potworem, który nie zasługuje na nic innego jak na piekło. Oni już wszyscy pomarli, więc nie ma do czego wracać. Matka, Christian, Kalia, Crap i nasz kochany pies Kudłacz. Gdy byłem mały wraz z Christianem znaleźliśmy go nad rzeką - wplątanego w jakieś brudne zarośla. Myśleliśmy, że to było jego futro, ale to tylko te krzaki. Wyciągnęliśmy go i gdy już pozbawiliśmy go tych wszystkich gałązek okazało się, że jest totalnie łysy. Ale już został Kudłaczem, może to trochę obraźliwe imię, ale nie widzieliśmy żeby miał coś przeciwko temu żeby się tak nazywać.
Nie potrafiłem się powstrzymać by nie podejść bliżej do tych ludzi.
Przypomniała mi się obietnica Katherine, że poradzimy sobie z tym razem.
Nie mogłem do niej wrócić, nie po tym co zrobiłem. Złamałem dane słowo. Nie mogłem też ponownie wyłączyć emocji - bo zapisałbym się na pewną śmierć
Była jedną jedyna opcja - dać się zabić.
Katherine? Sorki, że takie bezsensowne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz