wtorek, 7 kwietnia 2015

Od Jev'a - CD historii Katherine

- Ja się nie poddaje. - oznajmiłem i chyba po raz kolejny postapiłem wbrew oczekiwaniom mojego prześladowcy. - Idę.
Przerwał swój donośny śmiech i chwilę milczał.
- Przejdćź do kolejnych drzwi. - powiedział po kilku sekundach napięcia.
Wraz z prośbą przeszedłem pokój i otworzyłem drzwi. Znalazłem się w pustym pokoju - cóż - byłby pusty gdyby nie miliardy luster okalających ściany. Były one bardzo malutkie, ale i tak widziałem w nich swoje odbicie.
Zmęczony, strapiony wampir, który za wszelką cenę chce się przedostać do innego świata.
- No i co? - mruknąłem nie przerywając wpatrywania się w swoich sobowtórów - tak właściwie nie mogłem robić inaczej - lustra były nawet na podłodze.
- Największe lustro jest kluczem - odparł po prostu, bez żadnego teatralnego westchnięcia, nuty sarkazmu. Powiedział to jakby to była najprostsza rzecz na świecie. Jakby przez niewiadomo ile czasu nie torturował mnie wspomnieniami. Co za palant! - Pamiętaj, że zapisałeś się na własne życzenie. Nie dostałeś żadnej misji, zatem możesz nie wyjść.
Zignorowałem go i podbiegłem do zwierciadła. Bez wahania i dalszych rozkminek przeszedłem przez portal.
 Siedziałem w jakimś barze, a wokół mnie wirowały bezowe suknie dam i płaszcze dżentelmenów tańczących w szaleńczym tańcu. Wydawało mi się, że była to belgijka.
Cóż, chyba nie był to bar, a raczej jakaś specialnie wynajęta na bankiet sala.
Spostrzegłem, że mam na sobie ciemnoczerwony wpadający w bordo sztustokor zdobiony misternym haftem i guzikami, do tego obcisłe czarne spodnie siegające kolan. Jak ja nienawidziłem  tego sposobu ubioru. Już przyzwyczaiłem się do luźnym T-shirtów i dżinsów, a tu nagle trafiam w sam środek balu ubrany jak - jakiś nadworny błazen
Z przyzwyczajenia włożyłem ręce do kieszeni, i wyczułem w jednej z nich skrawek papieru. Wyciągnąłem go i rozłożyłem by rozczytać co było napisane dość koślawym pismem
Witam w Thazarze.
Krainie miodem i mlekiem płynącej. Nie zapominajmy jednak, że krew przelewa się tu nacodzień, więc nie zawsze będzie iście słodko.
PS. Podoba się płaszcz?
Miłego pobytu.
Frederick Jonathan.
- Och, jakże wyborny i dopasowany - mruknąłem do siebie.
- Zatańczymy? - usłyszałem przymilny dziewczęcy głosik. Niewysoka i szczuplutaka dziewczyna - na oko około siedemnastoletnia wystawiła do mnie ramię. - Proszę...mój karnecik jest pusty - przyznała ze smutkiem.
Chyba nic się nie stanie jeśli zabawię tu godzinkę czy dwie.
- Oczywiście. - przyjąłem jej ramię i dołączyłem do pozostałych.
Katherine?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz