- No, to, co idziemy dalej?
- Pewnie. - odparłem - Na czym to tak właściwie polega? - starałem się wdać w jakąś dyskusje z tym typkiem.
- Musisz przejść sześć prób. Sześć drzwi. Nie możesz zawrócić. Jedne już za tobą. Dziwie się, że zabiłeś własną matkę tylko dlatego że wypomniała ci że zabiłeś kilkaset osób.
- Tak, ubaw i zdziwienie po pachy. - mruknąłem i wstałem z podłogi, którą przez ostatnie kilkanaście minut piastowałem.
Nagle przede mną pojawił się wysoki ciemnoskóry mężczyzna, który w ręku trzymał srebrzystą tacę, na której postawionej było siedem kielichów wypełnionych ciemnoczerwoną cieczą.
- To krew twoich ofiar, Jev. Wybierz tę, która była najwyborniejsza smakiem, najpiękniejsza barwą i najbardziej zmysłowa wonią.
Nachyliłem się i w kielichach ujrzałem przerażone oczy moich ofiar. Jednak żadna nie pachniała.
Zamachnąłem się i wytrąciłem mężczyźnie tacę z naczyniami. Płyn wylał się na podłogę, ale po chwili w nią wsiąknął.
- Żadna nie była dobra. Zwierzęca krew jest gorsza niż pomyje. - stwierdziłem i obszedłem mężczyznę, a raczej znikający klon. - To co dalej?
- Wygląda na to, że niepotrzebnie się fatygujesz, Sens twojej egzystencji sprzedał się w pirackie łapy.
I znów rozległ się ten złowieszczy śmiech, który przyprawiłby mnie o dreszcz, ale sama wypowiedź była wyjątkowo straszna. Zwłaszcza dlatego, że w nią uwierzyłem.
Katherine? Słabe, wiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz