Tak po prostu. Jakbym był nieznajomym. Jakby nic się nie liczyło. Jakby wyznanie miłości nigdy nie nastąpiło. Postąpiłem tak jak Martha. Wycofałem się w stronę mroku.
- Jev! - Martha biegła za mną dość żwawo zważając na to, że miała na sobie dosyć ciężką sukienkę i buty na szpilkach radziła sobie nieźle. - Poczekaj. - zaczepiła się o moje ramię zdyszana
- Miałaś rację.
- Do cholery, w czym?
- Miłość i nienawiść dzieli niewielka granica. Ale to nienawiść lepsza.
- Nieprawda. Nienawiść to tylko zabawa w chowanego. Zasnucie się nią nie taksuje miłości.
- Zdziwiłabyś się. - coś w moim sercu pękło. Albo całe serce?
Nie mogłem wytrzymać. Nie mogłem odejść bez wytłumaczenia. Nie potrafiłem.
Poczekałem, aż wybory na żałosnych majtków się skończą, a oni wyjdą z pubu.
Znalazłem ją samą gdy wychodziła z tawerny roześmiana.
- Jak mogłaś? - zapytałem, a w moim głosie pobrzmiewał ból, którego nie chciałem w tym momencie okazywać. - Zawsze uciekasz od problemów. - wytknąłem jej - Ale jeśli ja nim byłem dlaczego powiedziałaś...dlaczego chciałaś mi pomóc wyjść z nałogu. Razem, nie pamiętasz? - wpatrywałem się w kamienny chodniczek. Nie mogłem popatrzeć w jej zdradzieckie oczy, które tak kochałem. - ...dlaczego w ogóle dawałaś mi jakąkolwiek nadzieję na miłość, skoro ona nic dla ciebie nie znaczy. - w ostatnich słowa spojrzałem na nią, a w moich oczach oprócz łez, miłości czaiła się również ta obezwładniająca nienawiść.
Katherine?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz