poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Od Jev'a - CD historii Katherine

- Kłamiesz. - wykrzyczałem w przestrzeń. - Nie zrobiłaby tego. - oznajmiłem unosząc dumnie głowę do góry, na znak, że wierzę w nią, a nie w jego perfidne uwagi.
- Bynajmniej. - odparł - Może na rzecz nieśmiertelnego wiecznego, spokojnego życia z bandą piratów poświęciła swoją miłość, rodzinę i przyjaciół.
- Nieprawda. - wycedziłem - Zmieniła się.
- Nikt nigdy nie potrafi się zmienić. Urodziłeś się kochającym Jev'em i na zawsze nim pozostaniesz. Nic nie sprawi, że popadniesz w prawdziwy psychopatyczny obłęd. Nie stwarzajmy iluzji. - powiedział tym głosem, który często podchodził mnie w podświadomości. - Ale ja mogę ją stwarzać ile chcę! - zaśmiał się gromko - Zatem przechodzimy do kolejnego zadania, czy poddajesz się i umierasz?
- Nie poddam się. - powtórzyłem słowa Matki - w którą w tym momencie najbardziej pokładałem nadzieję i wiarę.
Przeszedłem przez wąski korytarzy i przekręciłem złotą gałkę drzwi.

Znalazłem się w dużym ogrodzie otoczonym rosłymi krzakami niemal z każdej strony. Wpierw pomyślałem, że będę musiał przejść między jego zawiłymi korytarzami, ale szkopuł w tym, że ich nie było. Zwykły ogród. Najzwyklejszy. Oczko wodne, w którym pływają ryby i rechoczą żaby - swoją drogą może Jonathan miał z nimi coś wspólnego, w końcu ten śmiech był nienormalny - kwiatki, kamyczki. A pod brzozą stoi dziewczynka. Bardzo młoda, ma około pięciu, sześciu lat. Jej krucze włosy opadają na ramiona prostą linią, blada skóra kontrastuje się z jej pięknymi oczami - oczami, które tak kochałem. Szmaragdowe, piękne oczy, w których błyszczą łzy. Katherine.
Mam ochotę wziąć ją w ramiona, przytulić i zapewnić, że wszystko będzie dobrze. Nienawidziłem gdy płakała - bo robiła to rzadko i najczęściej z mojego powodu. Może dlatego mnie zostawiła - by już nigdy nie okazywać słabości.
- Co tu robisz, skarbie? - odezwałem się cichutko i wyciągnąłem rękę do dziewczynki.
- Błagam - wyszeptała piskliwym głosikiem - Nie rób mi tego. - odskoczyła ode mnie przytwierdzając się plecami do ogrodzenia. Wpatrywała się w rewolwer, który nie wiadomo od kiedy spoczywał w mojej dłoni, wcelowany prosto w nią. W jej serce. Z przestrachu upuściłem broń, powodując jeszcze większy atak paniki małej Kathie,
- Na co czekasz? - rozległ się głos Jonathana - Zabij ją.
- Po co? - wyjąkałem - Ona jest...bezbronna, niewinna. Nie ma powodu.
- Kochasz tą swoją zdrajczynię czy nie? Strzelaj, albo za małą Kathie ty umrzesz.
Przecież to oczywiste, że wolałbym za nią umrzeć. W końcu już raz umarłem na obławie, powtórna śmierć niekoniecznie byłaby taka zła.
- Inaczej. - fuknął zniecierpliwiony - Chcesz być z dorosłą Katherine czy wolisz się wpatrywać w to dziecko?!
Przełknąłem głośno gulę, która tkwiła mi w gardle i podniosłszy z ziemi pistolet naciągnąłem spust i wystrzeliłem prosto w klatkę piersiową Kathie.
Opadła na podłogę, a z jej ust, nosa i oczy buchnęła krew. Jednak po chwili zamieniła się w nic niewarty popiół.
- Gratulacje. Zabiłeś Katherine dla Katherine. - zaśmiał się gardłowo - Ostatnio dużo zabijasz.
Jakbym tego nie wiedział.
Katherine?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz