- To co robimy? - zapytał Casper potrząsając mną.
- Najpierw zejdziemy z przejścia dla pieszych. - poleciłem, bo zauważyłem, że kierowcy już dawno zaczęli się niecierpliwić grupką na ogół młodych ludzi gaworzących sobie spokojnie na pasach, podczas gdy im śpieszy się do pracy, a zielone światło świeci dla nich otworem.
- A teraz? - powtórzył
- Idziemy na shandy. - wzruszyłem ramionami mówiąc spokojnie. Nie chciałem go niepotrzebnie denerwować, ale chyba odebrał moją odpowiedź jako dziwny rodzaj obojętności.
- Ja nie lubię shandy. - odparł mierząc mnie podejrzliwym spojrzeniem.
- To cydr, jeny, chłopie. - poklepałem go po plecach - Nie martw się.
- Dlaczego, przecież nie wiem co się z nią dzieje! - oburzył się wymachując rękami w górę, i możliwe, że przez przypadek z jego palców wybuchło wszystkie pięć żywiołów.
- Zaraz coś się stanie jeśli się nie opanujesz, Casperze - szepnęła Cassandra próbując go uspokoić. Wzięła go za rękę i potrząsnęła nią. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, dopóki nie przerwałem im.
- Dobra, gołąbki. - mruknąłem - Być może nie znasz swojej matki, ale ona nie da się pokonać byle komu.
Katherine?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz