- Gdzie ona jest! - zawołał Casper usiłując użyć magi i przestraszyć przeciwnika, który niekoniecznie był tu z nami materialnie.
- Być może przeszła mój labirynt śmierci i jest w innym gorszym wymiarze. - podsunął, a ja wyobraziłem sobie że mówiąc to gładzi swoje wąsy.
- Drogi czarowniku, twoja magia tu nie działa. - odpowiedział również na nieme pytanie Caspra. - To moja posiadłość. I także moje zasady. - zaśmiał się gardłowo - No to kto? Synek czy może kochanek?
Fuknąłem oburzony.
- Ja! - zgłosił się Casper wymachując dwoma palcami w górze, jakbyśmy brali udział w jakimś teleturnieju. Przecież on był za głupi, żeby się w to bawić. - Ja ją uratuję. - hm,,,ciekawe jak.
- Zamknij się. - szepnąłem, choć wiedziałem, że wszyscy usłyszeli moje słowa. - Pójdę.
- Och, doprawdy? - znów zarechotał - Jakie to romantyczne. - rozczulił się teatralnie - Ale i przewidywalne. - No to pożegnaj swoich przyjaciół, bo wątpię byś miał ich zobaczyć.
Nim zdążyłem mu odpowiedzieć Cassandra i Casper zniknęli, razem z dotychczasowym wyposażeniem pokoju - został on zastąpiony przez ogromne puste pomieszczenie - w który wydawało się, że drzwi o tym samym kroju i barwie leżą jedne na drugich.
- Witam w oceanie wyboru. - oznajmił ten wkurzający głos o zbyt wielkiej pewności siebie. - Czyż to nie trafna ironia?
- Bardzo trafna. - przytaknąłem, przeklinając się w duchu.
Katherine?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz