- Zapomniałbyś, że kiedykolwiek ją kochałeś - ciągnęła mimo mojej odmowy.
- Nie, - powtórzyłem i wyszedłem.
Ledwo wróciłem to kabiny Carter już mnie z niej wyrzucił i wywlekł na górny pokład.
- James wzywa nas wszystkich. - oznajmił, gdy wchodziliśmy po skrzypiących schodkach.
- Po co ten niemyty szczur nas wzywa? - burknąłem
- Dobre określenie - poparł mnie Zen.
- Jak wyżej - pochwalił Ben
- On jest szczurem, ale to my jesteśmy jego myszami. - przypomniał jak zwykle rozsądny Carter.
- O co chodzi? - usłyszałem głos Mirandy, która ni stąd ni zowąd pojawiła się u mojego boku. - Wiecie coś? - zapytała
- Pewnie o coś ważnego. - zapowiedział Carter
Prychnąłem lekceważąco, ale oni już byli wsłuchani w słowa kapitana. Moją uwagę przykuła stojąca obok niego Katherine z rewolwerem w ręku. Żmija.
Co ona zaś wymyśliła? Jak widać nasz mały czarny charakterek nie potrafi przeżyć bez widoku krwi nawet nie będąc wampirem. W innych okolicznościach pewnie poszedłbym do niej, przemówił do rozsądku, ale byłem zbyt zmęczony ciągłym usiłowaniem zmienić ją. Była morderczynią, którą się brzydziłem, ale nie potrafiłem przestać jej kochać mimo bólu jakim wszystkim zadawała.
- Mirando - szepnąłem i szturchnąłem ją za ramię próbując zwrócić jej uwagę - Daj mi to lekarstwo.
Katherine?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz