Ciemnobrązowe regały, na których leżały najrozmaitszego rodzaju książki. Półka gdzie leżały kryminały zawsze była zakurzona - niezbyt często używana. Mama sięgała po książki omawiające spokojne życie, jedynie pełne miłosnych rozterek. Mama stąpała twardą nogą po świecie - nie wierzyła w żadne zabobony, była pracowita - pracowała dla siebie i swojej satysfakcji.
Białe róże ustawione w przezroczystym wazoniku zdobionym kilkoma pociągnięciami bordowej farby, kreującej runy.
Wysoka szafa, w której mieściły się wszystkie sukienki i kapelusze Mamy, a było ich naprawdę sporo - nie żeby były jakieś kosztowne, ale na pewno nie były jakimiś tam starymi szmatkami. Były piękne, pełne sentymentu. Mama zawsze ja szanowała. Mówiła, że schludnie ubrana kobieta jest damą. Kobiety w pięknych sukniach - niezależnie od ich porywistego charakteru - trzeba szanować.
Stół, na którym zawsze spoczywało sześć szklanek - jedna wysoka, a wokół nich pięć małych. Wysoka symbolizowała Boga, który jest ponad nami - należy się mu cześć i oddanie. A te niskie - to była nasza rodzina - podporządkowana Jemu. Mama zawsze pielęgnowała naszą wiarę - na każdym kroku przypominała nam o Bogu - naszej opoce.
Ten widok - widok mojego dawnego życia całkowicie mnie pochłonął. Tak, że nie zauważyłem pięknej postaci rozłożonej w bujanym fotelu. Huśtała się i nuciła kołysankę, która była lekiem dla strapionych dusz. W dłoni trzymała książkę, otwartą na piątym rozdziale.
- Witaj, Jev. - jej melodyjny głos sprawił, że miałem ochotę paść jej do kolan i czekać na jej reakcję. Widzi przed sobą potwora, który przelał tyle ludzkiej niewinnej krwi by zaspokoić głód nocy. - Rozumiem, że śmierć taty była dla ciebie ogromnym ciosem, ale pamiętaj: Nigdy nie wolno ci się poddać. Bez względu na okoliczności. Musisz walczyć, Synku. Rozumiesz mnie?
- Tak, mamo. - odparłem i chciałem pobiec by ją przytulić, ale moje nogi jakby zostały przytwierdzone do podłoża. - Mamo... - wychlipałem - Żałuję tego...
- Kochanie - wstała i odłożyła książkę. Jej zawsze łagodna twarzy wyglądała potwornie. Wykrzywiona odrazą. - Nie potrafisz żałować.
- Mamo, jak możesz tak mówić. Proszę, nie odtrącaj mnie. - poprosiłem i poczułem, że z moich oczu wypływają łzy. Łzy dziecka.
- Rozumiem, że śmierć taty była dla ciebie ogromnym ciosem, ale pamiętaj: Nigdy nie wolno ci się poddać. Bez względu na okoliczności. Musisz walczyć, Synku. Rozumiesz mnie? - powtórzyła, ponownie zasiadając w fotelu. I znów po chwili jej oczy zabłysły nienawiścią, jakiej nigdy u niej nie dostrzegłem.
Powtórzyło się to jeszcze co najmniej dwadzieścia razy, aż zdobyłem się na to i przewróciłem jej bujane krzesełko. Przewróciło się razem z nią. Upadła uderzając głowa o jedną z półek.
- Nie! - wykrzyknąłem wpatrując się w jej szkliste oczy. Martwe oczy. - Mamo...
Stałem w tym samym czerwonym pokoju, a tak właściwie klęczałem zdyszany.
- Nie poddam się. - szepnąłem, i usłyszałem głos starego Jonathana, a tak właściwie ten jego perfidny śmiech.
- Widzę, że wystarczy jedno wspomnienie o Mamusi...
Nie słuchałem go... Byłem zbyt oszołomiony. Nie mogłem przejść tego testu ze swoimi pieprzonymi uczuciami.
- Ale koniec końców zabiłeś ją. - dodał z triumfem
Katherine?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz