Lecz to pobudka była najgorsza.
Prawie w każdą noc od wielu lat, myślałam, by nie obudzić się tylko w taki sposób. Pamiętałam tą pustkę, która mnie ogarnęła, gdy to wydarzyło się za pierwszym razem. Tak, jakby ktoś wyrwał mi serce albo ukradł moją duszę. Ale teraz było inaczej.
Pierwsze, co odczułam zaraz po przebudzeniu to brak powietrza. Choć bardzo się starałam, nie mogłam go nabrać, by nawet krzyknąć. Moje oczy zaszły łzami, z którymi nawet nie próbowałam walczyć. Nie martwiłam się jednak o siebie, bo wiedziałam, że mi nic nie będzie. To ktoś inny miał kłopoty.
Gdy leżałam tak bezczynnie, czując, jak rośnie we mnie uczucie śmierci, mój umysł zalała fala wspomnień.
- Katherine! - usłyszałam za sobą męski głos i odwróciłam się. To był Thomas. Uśmiechnęłam się do niego, lecz, co dziwne, nie odwzajemnił uśmiechu. - Powinnaś jeszcze raz przemyśleć tą decyzję.
- Dlaczego? - wzruszyłam ramionami. To było słodkie, że się tak martwił. On, Pavlo i Christopher dali mi szansę na nową rodzinę. Oni już byli moją rodziną. - Kiedy kogoś kochasz wiesz, że decyzje, jakie podejmujesz względem tej osoby, są dobre.
- Nie rozumiesz - pokręcił głową. - Nie chodzi o to, że to zła decyzja. Po prostu martwię się, że nie dasz rady znieść jej ciężaru. Od dnia, w którym złożysz przysięgę, już na zawsze przestaniesz być w pełni jedną osoba. Zaczniesz czuć to samo, co on. Fizycznie i psychicznie. A jeśli któreś z was by umarło... W serce pozostanie ci tylko pustka i zło, jakiego jeszcze nigdy nie widziałaś.
Przyznam, lekko zadrżałam. Wizja ta nie była zbyt przyjemna. Jednak szybko ponownie się uśmiechnęłam i uspokajająco dotknęłam ramię Thomasa.
- Nie martw się - powiedziałam. - Dam radę znieść wszystko, byle już nigdy nie być sama.
Czułam się okropnie, jakbym była po długiej walce z naprawdę potężnym przeciwnikiem. A walka ta jeszcze się nie skończyła. Na szczęście po chwili mogłam już chociaż oddychać. Gwałtownie zaczerpnęłam powietrza i wybiegłam na pokład. Skierowałam się prosto na mostek. James rzucił mi zdziwiona spojrzenie.
- Wszystko w porządku? - zapytał, a ja poczułam jak pięćdziesiąt głów odwróciło się w moją stronę.
- Nie, nie jest w porządku - wiedziałam, że brzmiałam histerycznie, lecz naprawdę tak się czułam. - Zabierz mnie do Fredricka. Teraz.
Uniósł brwi i parsknął śmiechem.
- Po co?
- Muszę zabrać tą cholerną szkatułkę i wrócić do domu. Natychmiast.
Przestał się śmiać i wymienił spojrzenia z Ianem.
- Myślę, że powinnaś to przemyśleć...
- Zabierz mnie tam natychmiast albo zniszczę i ciebie i Zemstę, a następnie nabiję na pale wszystkich członków twojej przeklętej załogi. Jeśli nie zmienimy kursu natychmiast to naprawdę się wkurzę, a naprawdę nie chcesz widzieć mnie wkurzonej - mówiłam te słowa bardzo wolno z ogromnym jadem w głosie. Na dodatek zauważyłam, że statek zaczął trzeszczeć, żagle poruszyły się niebezpiecznie, a liny zaczęły wić się w powietrzu, jak węże. I wtedy doznałam olśnienia. - Magia - zaśmiałam się szaleńczo. - Że też o tym nie pomyślałam. Zdaję szybszy sposób - wyciągnęłam przed siebie dłoń i skupiłam swój umysł, na czymś co znałam dokładnie i miałam to w ręce nie raz. Po chwili miałam ochotę krzyczeć z radości, gdy w mojej dłoni pojawił się mój iphone. Miałam nawet zasięg.
- Co to, do cholery? - mruknął James, podchodząc bliżej.
- Nie ważne - rzuciłam szybko i odszukałam numer. Powoli przyłożyłam telefon do ucha, lecz słyszałam tylko nieprzyjemny dźwięk, świadczący o tym, że trwa łączenie. - No, dalej... - i odebrał. Udało mi się. - Mój Boże.
- Kathie!? - usłyszałam po drugiej stronie głos Chris'a. - Kathie! Gdzie ty, do kurwy nędzy, jesteś!?
- Ty żyjesz. I nie dusisz się. Czułam przed chwilą twój ból. Nie masz pojęcia, jak się martwiłam - nie mogłam powstrzymać łez ulgi. - Myślałam, że nie żyjesz.
Usłyszałam frustracyjne westchnięcie, a potem zalała mnie fala różnych emocji, które nie były tylko moje.
- Kathie... Co się stało?
Właśnie dobiliśmy do brzegu, więc zeszłam z Zemsty i chodząc po porcie, zaczęłam mu wszystko opowiadać.
Jev?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz