sobota, 4 kwietnia 2015

Od Jev'a - CD historii Katherine

Musiałem się wziąć w garść. Tak, dla Katherine. Wpierw musiałem dokładnie ocenić swoją lokalizację - nie do końca się orientowałem gdzie jestem.
Po chwili stwierdziłem z ulgą, że nie tak daleko centrum Londynu - zatem dzieliło mnie tylko kilkanaście kilometrów od domu Katherine w tym mieście, a do Sheffield tak ze dwa razy więcej. Byłem teraz odżywiony, więc poruszałem się ze zdwojoną siłą.
Nieco się ogarnąłem - przeczesałem dłonią włosy i zmyłem krwawe plamki z koszuli i...spodni.
Postarałem się też zmyć to zażenowanie z twarzy, które całkowicie ją przejęło. Zażenowanie i pragnienie.

Ledwo wyszedłem na angielskie światło dzienne zostałem zaatakowany przez dwie - w tym momencie - nie interesujące mnie osoby. Cassandra Crovl i Casper Aristow. Cassandra - jedna z moich przyjaciółek, z którą nie łączyły mnie żadne bliskie relacje, uczyła mnie kiedyś magii. Oraz Casper - syn mojej dziewczyny. Jak to dziwnie brzmiało - patrząc jeszcze na to, że byliśmy kilku wiecznymi wampirami. Do tego oboje dysponowali magią. Cóż za zrządzenie losu.
- Jev! - usłyszałem młodzieńczy, ale nieco zatroskany głos Caspera, który w tym momencie nie wydawał się skłonny by mnie zabić. Gdy kazał się zabrać do biura Katherine wyglądał, że w każdej chwili może przebić mi serce kołkiem, spalić na proch albo zabić magnetyczno-czymś tam - jeśli zrobię choć jeden kroczek źle. U jego boku stała Cassandra - czerwonowłosa czarodziejka sabatu Crovl. Wydawało mi się, że przez chwile trzymali się za dłonie.
- Słucham? - odparłem tak miłym głosem na jaki było mnie stać. Pomińmy to, że przed paroma godzinami zabiłem dwójkę ludzi, spaliłem ich, spotkałem dwie eks. A co tam. Jeszcze niech syn czarodziej mojej praktykującej czary wampirzej dziewczyny się za mną ugania, razem z moją przyjaciółką, o ironio - czarownicą. Poczułem się wyobcowany, mimo, że również władałem magią.
- Tak się cieszę, że cię widzę! - chłopak był na serio radosny, ale nie kompletnie nie miałem pojęcia z jakiego powodu. W końcu mogłoby się wydawać, że jestem jego.. .- ojczymem? Nie, no, to już za wiele. - Wiesz gdzie jest mama? - zapytał pełnym przejęcia głosem, niczym mały dzieciak, którego mama zaginęła w kiosku pośród magazynów, a on stojąc przy ladzie nie może jej zidentyfikować.
Zamyśliłem się, bo co miałem mu powiedzieć? Że zwiałem jego matce spod "opieki" - bo aktualnie to ona była moim guru, zaraz po tym jak wyszedłem z więziennego ośrodka?
- Nie wiem. - wzruszyłem ramionami, ale widząc czające się w oczach wampira łzy, spoważniałem - Co się stało?
- Nie ma jej w Sheffield. - odparł głośno przełykając ślinę.
- Możliwe, że wybrała się na zakupy do Paryża. - zasugerowała złośliwie Cassandra, ale chłopak jej nie słuchał, tylko kontynuował.
- i... w Londynie też.
- Skąd wiesz? - szukała mnie? Nie. Nie ruszyłaby za mną w pogoń, ma dość dumy i honoru by nie latać za mną, tylko czekać aż sam na kolanach do niej przyjdę.
- Bo zrobiliśmy zaklęcie lokalizujące i stwierdziliśmy, że nie ma jej ani tu, ani tu. - odparł
- Ale do zaklęcia potrzebne są jakieś jej rzeczy. - odparłem - Zatem jak je mogliście wykonać?
- No właśnie, możliwe, że coś poszło źle. Albo maczały w tym palce magiczne siły. - odpowiedzieli niemalże jednocześnie jakby cały monolog sobie zapisali w notatniku.
- A tak właściwie po co chcesz ją znaleźć? - zagaiłem, bo wydawało mi się to trochę dziwne, że tak nagle jej szukają.
- Bo to moja matka. Nie mogę jej stracić. Nie po raz kolejny.

Katherine?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz