Teraz, gdy spojrzałam na wodę, widziałam już wyraźnie, co się w niej kryje. Było ich przynajmniej z dwadzieścia. Wszystkie miały szaro-niebieskie ogony i piękne, młode twarze. Uśmiechały się przymilnie do załogi i nie przestawały śpiewać.
Walnęłam Jamesa w twarz.
- To syreny, James! - krzyknęłam mu prosto w twarz. - Na pewno nie raz się z nimi spotkałeś. Zginiemy, jeśli nie dostrzeżesz, że one łżą!
- One? Kłamać? - prychnął i mocniej pociągnął za ster w prawą stronę. - Będę z nimi szczęśliwy. Obiecały mi to. Daj spokój, Katherine. Jesteś moim pierwszym oficerem, lecz jeśli pozwolisz mi z nimi odejść... Zostaniesz kapitanem Zemsty. Co ty na to?
- Za nim nacieszę się byciem kapitanem, wszyscy umrzemy! - warknęłam i pociągnęłam ster w lewo. - Dostrzeż to, James!
- Kapitanie... - pod mostek podszedł jeden z członków załogi. Nie poznawałam go. Najwyraźniej był tylko nic niewartym majtkiem. - Pierwszy oficer ma rację. To syreny. Nikt z nas nie przeżyje, jeśli się ich posłuchamy.
- Ich czar na ciebie nie działa? - zdziwiłam się.
- Nie, pierwszy oficerze - uśmiechnął się lekko. - Jestem zakochany.
Z tego, co słyszałam - czar działał nawet na zakochanych. Jednak najwyraźniej jego miłość do owej kobiety była tak głęboka, że nawet syreni czar - jeden z najpotężniejszych na świecie - na niego nie działał. To było całkiem słodkie, lecz nie miałam czasu o tym zbytnio myśleć, ponieważ nadal mieliśmy spore szanse na rozbicie się.
I nagle udało się. Po jeszcze kilku krzykach, udało się nam przekonać załogę i kapitana, że to niebezpieczeństwo. Ale było już za późno. Z pełnym pędem płynęliśmy w stronę skał, a wiatr - wywołany przez syreny - popychał nas jeszcze w tamtą stronę. Nie dość tego - syreny stały się agresywne. Zaczęły uderzać w nas statek, sprawiając, że Zemsta gwałtownie się chwiała.
- Zarzucić kotwicę! - wrzasnęłam do załogi. - Wypatroszyć je!
James nie był zbytnio zdolny do wykonywania rozkazów, bo wciąż nie mógł uwierzyć, że tak łatwo dał się podpuścić syrenom. Stał tylko, chwytając się burty i mruczał coś pod nosem. Musiałam przejąć jego obowiązki, co naprawdę nie było proste. Na szczęście - miałam już doświadczenie w sterowaniu innymi.
- Mamy jedną! - krzyknął ktoś.
- Poderżnąć jej gardło! - odkrzyknęłam.
Minęło chyba pół godziny, aż wreszcie walka się straciła. Syreny poumierały, a te które przetrwały - odpłynęły. Zrobiło się spokojniej, a sztorm wywołany przez syrenią magię opadł. Mogliśmy odetchnąć.
Zerknęłam z tyłu na Jamesa, który wyglądał jakby zamierzał się popłakać.
- To nigdy mi się nie zdarzyło... - jęknął. - Zawsze, gdy atakowały nas syreny... Byłem odporny. A teraz...
- Czyżbyś się w kimś odkochał? - podsunęłam.
Westchnął.
- Tak, chyba tak - uśmiechnął się, na ten swój sposób. - Widzę, że dobrze wybrałem. Twoje poprzedniczki... Nie poradziłyby sobie.
- Nie każdy może być mną - odwzajemniłam uśmiech.
- Wieczność może być przyjemniejsza, niż sądziłem.
- Faktycznie - odparłam, myśląc, że być może to moja druga szansa.
Jev?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz