To była kolej losu. Jakiś dupek-piroman podłożył ogień, sycąc się śmiercią istnień. Ich niedolą,
Patrzyłem jak ogień zarówno powoli jak i szybko rozprzestrzenia się po terenach jakiegoś biednego miasteczka...Które po chwili rozpoznałem. To było moje miasteczko. Mój dom! Docierały do mojego domu...zanim się obejrzałem lizały już dach, który i tak już dawno się rozpadał.
Usłyszałem krzyk przerażonych dzieci i zawodzenie kobiet gdzieś w tle. Jednak moją uwagę przykuwały jedynie drzwi mojego dawnego domu, które płonęły. Okna, drzwi - wszystkie wyjścia awaryjne paliły się - a to znaczyło, że moja rodzina nie miała możliwości ucieczki.
I już wiedziałem jak zginęli. Dlaczego nigdy w całym moim trzy wiecznym żywocie nie spotkałem się z żadną wzmianką o rodzinie Monaghanów, których było sporo.
- Niee! - wykrzyknąłem na próżno, bo po chwili cały stanął w ogniu.
Nagle sceneria się zmieniła i ujrzałem pracownie mistrza Piotra Verona. Niewielki warsztacik, który zawsze spowijało ciemno. Promienie słoneczne wlewały się do środka, ale niewiele oświetlały pomieszczenie. Ono miało coś w sobie. Veron siedział pochylony nad stolikiem i maczając pióro w kałamarzu obmyślał konstrukcje gmachu, którego chciał skonstruować dla swojej córki. Shevy.
Coś się poruszyło w kącie, a on - już mężczyzna w podeszłym wieku -, nie usłyszał tego i nie zmienił położenia w odpowiednim momencie.
Warkot. Skok. Wbicie zdradzieckich kłów w szyję własnego ojca. Naderwała mu tętnicę z której trysnęła gęsta tafla krwi oblewając wszystkie projekty, szkice i pożółkłe kartki swym krwistoczerwonym odcieniem. Następnie rzuciła nim o ścianę, a on uderzył głową o ramę jednego z obrazów, spadając prosto na schody, które w zderzeniu z kręgosłupem pogruchotały go.
Zniknięcie morderczyni.
Potem pojawiłem się ja.
Ujrzałem wykrwawiającego się Verona, którego ciało wiło się w spazmach. Byłem przerażony. Nachyliłem się by ocenić lepiej sytuację, ale po chwili i ja dołączyłem do niego.
Na nowo przypomniałem sobie ten ból - palący, jakby ktoś podpalał cię od środka. Wszystkie nerwy się palą i raz po raz znikają i się pojawiają. I to wszystko czuli ci ludzie, których ja pozbawiłem życia - a napiętnowałem bólem.
I powtórzył się mój więzienny koszmar.
Wszyscy, których zabiłem bądź przemieniłem chodzą za mną wbijając we mnie ostrza, sztylety, pojąc mnie werbeną lub jej oparami, a ja nie popadam w odrętwienie - czuję wszystko. Odpłatę za te wszystkie krzywdy.
Jakby tego było mało - gorzkie wspomnienia z dzieciństwa, umierająca rodzina, śmierć, która mi się przytrafiła, którą niosłem, do tego musiał przesłać mi wspomnienia z więzienia, gdy Katherine umawiała się z tamtym gościem. Może było to nic w porównaniu z tymi wszystkimi rzeczami, ale to był mój najświeższy ból. Już niczego nie byłem pewien. Gdyby naprawdę jej na mnie zależało czy spojrzałaby choćby na tego gościa? Czy przyjęłaby te róże? Czy wyciągnęłaby papiery i zapytała gdzie chciałbym umrzeć? Czy zostawiłaby mnie dla wiecznego życia z dala od jakichkolwiek trosk? Widocznie za bardzo się ceniłem. Zapewne nie byłem wart choćby jednego dnia spędzonego tam, gdzie się teraz znajduje.
Poczułem rosnącą nienawiść.
Nienawiść, która wydostała mnie z tego koszmaru.
- Gratulacje, Jev. Jednak potrafisz odczuwać coś prócz tej żmudnej nadziei na szczęśliwe love story. Zdałeś test. Teraz wybieraj: wstępujesz do innego świata czy żyjesz swoim życiem. Najlepsze jest to, że kierujesz swoje przyszłe decyzje nienawiścią - wybuchnął śmiechem, który rozbrzmiał w moim wnętrzu.
Katherine?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz