- Cześć - przywitałem spojrzeniem Katherine, a następnie spojrzałem na jej brata - Witaj, Chris - skinąłem mu głową
- Witaj, Jev. - odpowiedział równie formalnie. - A to kto? - jego wzrok skierował się na ludzi stojących za mną.
- Moi przyjaciele - odparłem
Twoi przyjaciele kiedyś cię zgubią, Jev. - Christopher skwitował w moich myślach, ale w rzeczywistości nic nie powiedział, tylko pokiwał głową na znak, że mogą iść.
- Daoine sidhe, tak? - Christopher zwrócił się do Mirandy - Pamiętam. - kąciki jego ust lekko drgnęły - Melania Marvel, twoją rodzinę wytępiły londyńskie władze w 1505 roku, nieprawdaż.
- Tak - przyznała z melancholią, ale po chwili również się uśmiechnęła - Byłeś... - parsknęła chichoczącym śmiechem - wtedy... nastolatkiem. Wampirzym.
- Taak. - roześmiał się przeciągając sylaby. W sumie to pierwszy raz widziałem Christophera w stanie euforii w obecności innej osoby niż Katherine, bądź Thomas i Pavlo.
Podczas gdy Melania...cholera, jak mogła mnie tak okłamać? Chociaż... gdy powiedziała mi, że mam zezwolenie na nazywanie ją Mir, to ja stwierdziłem, że się tak nazywa, a ona tego nie potwierdziła. Jaki ja byłem głupi. I jestem.
Kontynuując podczas gdy Piekielna Motylica była pogrążona w rozmowie z Chrisem, a Ben i Zen w telepatycznej pogawędce polegającej na wymienianiu się spojrzeniami podszedłem do Katherine i oznajmiłem:
- Ciesze się, że wracamy do domu. Jesteś strasznie kłopotliwa, wiesz?
- Może ona nie, ale my tak - zgodził się Christopher.
Katherine?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz