Zatęskniłem za nim.
Za Rixonem, który w tym momencie porządnie sprałby mi dupsko, wiecznie zaaferowana Shevy prawdopodobnie też by mnie zbiła - najprędzej spoliczkowała, zastanawiając się nad tym dłużej bardzo wiele dziewczyn mnie spoliczkowało w...wczesnej wampirzej młodości. Może nawet brakowało mi Caspera i Cassandry (dalej nie mogłem uwierzyć, że coś pomiędzy nimi było), w końcu dwaj czarownicy, ale no bez przesady!
Tęskniłem też za dawną Katherine, ale w tym krótkim czasie gdy grałem w pokera i zastanawiałem się nad swoim życiem, zrozumiałem, że jej nie odzyskam. Chodziło bardziej o nasze wspólne życie, ale odzyskanie tego byłoby zbyt piękne żeby mogło być prawdziwe.
Carter stwierdził, że powinniśmy wyjść na pokład - Zen i Ben (bliźniacy, ale raczej duchowi - ponieważ Zen był czarnoskórym afroamerykaninem, a Ben jasnoskórym kanadyjczykiem) - powiedzieli mi, że Carter potrafi wyczuwać niebezpieczeństwo grożące tym, na którym mu zależy. Był to komplement bo od razu mnie zaakceptował i opowiedział co i jak.
Zen i Ben poruszyli się gdy niespokojny Carter wyszedł z szalupy, a po chwili do niej powrócił nieco zirytowany
- Znowu te syreny. - burknął i podbiegając do swojej szafki wyciągnął z niej trzy pary zatyczek do uszu. Podał je duchowym bliźniakom i posłał mi ciepłe spojrzenie:
- Proszę. - włożył mi w rękę
- O co chodzi z tymi syrenami? - zapytałem nieporuszony ich zaniepokojeniem
- Wydaje się, że to istoty o pięknych głosach i wyglądzie, ale naprawdę... to piraci, którzy chcą złupić i zniszczyć każdy przepływający obok ich stada statek. Ich śpiew hipnotyzuje, chyba, że... - zrobił znaczącą pauzę - ...kochasz kogoś wystarczająco by ich urok nie wpłynął na ciebie.
- Zatem zachowaj je dla siebie, Carter - odmówiłem mu i podałem zatyczki - Jestem pewien, że to mnie nie dosięgnie.
Wyszliśmy na pokład.
Oczywiście załapaliśmy się na koniec polecenia, usłyszałem tylko rozkaz Katherine o tym by poderżnąć gardło każdej syrenie, która złapie się w sieć,
No to rozpocznie się krwawa jatka.
Carter przyniósł cztery sztylety i dał każdemu z nas.
Jeszcze miałem wampirzą siłę, więc walka nie miała dla mnie tak ogromnego i zależnego dla życia znaczenia.
Gdy się zaczęło, na statku pojawiło się nagle mnóstwo ludzi, o których istnieniu nie miałem pojęcia. Jak mogłoby nas być tak dużo? Przecież ten statek nie był na tyle wielki by pomieścić ten ogrom ludzi, a nikt tu nie "obijał" się o siebie. Naszym uszom dobiegł melodyjny śpiew, dla mnie mógł się równać tylko i wyłącznie ze smakiem krwi. Zahipnotyzowani pasażerowie Zemsty stopniowo zbliżali się ku ćwierkającym syrenom, a ja zdziwiłem się, że nikt ich nie powstrzymuje. Martwili się tylko o Wyższą Półkę, czyli hierarchia była taka sama jak w każdej innej rzeczywistości.
Kilkunastu majtków zarzuciło sieć, w której po chwili szarpały się syreny, jednak dalej nie przestając świergolić tej nieznanej nikomu pieśni.
Gdy siec wyrzucono na pokład podbiegliśmy do szamoczących się syren i zabijaliśmy. Z ulgą stwierdziłem, że płynie w nich w połowie nieśmiertelna, w połowie zwierzęca krew.
Może się to wydawać nieprawdopodobne i nierealne, ale przyszpiliłem jedną do ściany Zemsty i napiłem się. Jej krew była niemal tak słodka jak jej głos, który jednak na mnie nie oddziaływał. Magiczna. Zanim ktoś się zorientował, że rozerwałem jej gardło wyrzuciłem jej martwe i wypompowane ciało do morza. Jednak mogłem zagłuszyć psychiczny ból.
Po kilkunastu minutach wszystkie złapane w sieć i próbujące nas złupić nie żyły - niektóre pozbawione krwi, niektóre tylko przeszyte sztyletem.
Zapowiadał się wspaniały rejs.
Katherine?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz