Zanim wampirzyca odjechała usłyszałem jej ostrzegawcze słowa: "Bądź
gotowy", po czym pożegnała mnie sztucznym uśmiechem. Ona nigdy nie
przestanie zadzierać nosa, pomyślałem i wskoczyłem szybko do mojego
Lexusa i zapaliwszy silnik wyjechałem z uliczki.
Był środek nocy, a tak właściwie 2:42, otworzyłem okna i wpuściłem do
auta świeże nocne powietrze. Nie mrugnąłem nawet okiem usłyszałem trzask
otwieranych i zamykanych drzwi samochodu, Shevy już siedziała na
miejscu pasażera i przyglądała mi się uważnie chłonąc każdy szczegół.
Wyciągnęła coś z kieszeni skórkowych czarnych i mocno przylegających spodni i położyła w schowku na przedmioty.
Zerknąłem na wnękę i zobaczyłem tam zapalniczkę i paczkę papierosów.
Zaśmiałem się i mruknąłem:
- Dzięki.
Reszta jazdy upłynęła nam w milczeniu. Mimo tego, że czasem naprawdę
mnie wkurzała i miałem do niej żal za to, że zrobiła to co zrobiła, ale
jej obecność dodawała mi nieco otuchy. Z punktu widzenia obserwatorów
m.in ludzi; byliśmy zwykłą zakochaną parą, a tak naprawdę jesteśmy dwoma
300 letnimi wampirami, które za życia ludzkiego darzyły się
bezgraniczną miłością i wiedziały o sobie wszystko...
Nie koncentrowałem się na drodze, bo mógłbym prowadzić samochód nawet
siedząc tyłem i nie spowodować wypadku, w końcu dotarliśmy do mojego
domu i wysiadłszy ruszyliśmy w swoją stronę. Ja do stajni, a potem do
lasu, ona...a Bóg wie gdzie.
***
Wróciłem przed świtem, Shevy siedziała w kuchni popijając świeżo
wyciśnięty jabłkowy sok z zakręconej kolorowej słomki. Gdy wślizgnąłem
się do pomieszczenia wampirzyca podała mi szklankę. Wyjąwszy słomkę
przechyliłem szklankę i wypiłem napój duszkiem.
Shevy miała na sobie sweter w czarno-białe pasy, bordowe spodnie i
czarne buty firmy Conversa. Włosy splecione w ciasny warkocz i tak
połyskiwały miedzią.
Przyglądałem się jej przez chwilę, prawdopodobnie tyle co ona mi.
Uśmiechnąłem się i wstałem.
- Przebiorę się - ściągnąłem biały podkoszulek uplamiony paroma
kropelkami krwi i potruchtałem do swojej sypialni. Wziąłem porządny
prysznic, a następnie założyłem na siebie czarną koszulę zapinaną na
guziki i tego samego koloru sztruksowe dżinsy. Zszedłem na dół chwytając
shandy z blatu i uśmiechając się tajemniczo.
- A Tobie co? - spytała Shevy śmiejąc się perliście. Miała coś jeszcze
dodać, ale wtedy usłyszeliśmy brzęczenie co oznaczało, że przyszedł jej
SMS. Z tylnej kieszeni spodni wyjęła całkiem zwyczajną komórkę.
Odczytując ją jej wyraz twarzy od razu nabrał powagi. Przewertowała
jeszcze raz treść po czym posłała mi współczujące aczkolwiek pełne
stanowczości spojrzenie.
- Będziemy musieli się przygotować - zamknęła klapkę telefonu i włożyła
ją do kieszonki kurtki, którą zaraz włożyła. - Jedziemy. - chwyciła
kluczyki mojego samochodu, ale po chwili upuściła je z hukiem. - Wiem -
pisnęła i wybiegła wznosząc za sobą tumany kurzu.
***
Po niecałej minucie Shevy przyprowadziła Xanę i Kawalera ze stajni,
obutych w siodła, wodze, czapraki i inne jeździeckie idiotyzmy.
- A to po co? - uniosłem brew
- Xana jest nieśmiertelna, więc na wojnie nic jej się nie stanie. - uznała i podała mi wodze Xany. Sama zaś wsiadła na Kawalera.
- Ale on nie jest taki jak ona! - zaprotestowałem dosłownie zrzucając ją z siodła ogiera.
- Już jest. - wzruszyła ramionami, a ja przyjrzałem się koniu. Zrobił
się nieco wyższy i mężniejszy, a jego grzywa nabrała miękkości i
wytrzymałości. Rżał i podskakiwał radośnie gotowy do ataku.
- Jak? - jęknąłem, ale to Shevy teraz przejęła pałeczkę i ponownie wsiadłszy na Kawalera krzyknęła:
- Wio!
***
Byliśmy w samym środku miasta, a dokładniej przed szpitalem św. Thomasa.
Nie od razu zrozumiałem o co chodzi
- Twój chłopak leży w szpitalu? - sarknąłem - Wybacz, nie mam kwiatów. - rozłożyłem ręce w przepraszającym geście.
Nawet nie pokazała mi języka, tylko zeskoczyła z konia i przywiązała go
do słupa elektrycznego. Poszedłem w jej ślady, nie do końca świadom
czego ode mnie oczekuje.
- Musisz być silny - zaczęła ostrożnie
Nie było nawet szóstej, więc ludzi też nie, w końcu dotarł do mnie sens jej słów.
- Mam żerować?! - wybuchnąłem o oktawę za głośno - Na umierających? - rzuciłem jej pełne pogardy spojrzenie.
- Nie, kretynie. Wykradniemy parę torebek z krwią. - wyjaśniła mówiąc
tonem jakim najczęściej przemawia się do idiotów. - Zwierzęca krew nie
sprawi, że będziesz wystarczająco silny. - postanowiła na razie nie
przyjmować do siebie moich zastrzeżeń bo pociągnęła mnie za rękę.
***
Byliśmy w jakimś pomieszczeniu, które zapewniało torebkom z krwią
wystarczająco chłodny klimat. Shevy otworzyła paznokciem zamek i z takim
samym impentem lodówkę i poczęła pakować do dużej lnianej torby krew.
Gdy spakowała co najmniej 20 opakowań wymknęliśmy się z pomieszczenia pozostawiając go w prawie nienaruszonym stanie.
***
Byliśmy w Central Parku, w jakimś mało widocznym zaułku. Mimo, że nie
był zaludniony musieliśmy się trzymać na baczności. Bo jeśli jakiś
przechodzień zauważyłby parę "dwudziestolatków" siedzących na trawie i
pijących krew chyba padłby trupem, albo zgłosił strażom, bo aktualnie
trwa obława, ehh.
- Powiesz mi co się dzieje? - spytałem starając się nie zerkać w kierunku jej lnianej torby.
- Jeśli to wypijesz wyśpiewam ci wszystko jak ptaszek. - uśmiechnęła się
i wyjęła opakowanie krwi. Poczułem palący ból gardła i zacisnąłem zęby.
- Nie mogę - odparłem z trudem odwracając spojrzenie.
- Twoja strata - odkręciła kurek i zaciągnęła długi łyk, jej wargi pokryła lepiąca czerwona ciecz.
Zlizała ją z westchnieniem.
- Mmm... - nie minęło parę sekund torebka już była pusta, a wydłużone
kły Shevy zniknęły. - Jev! - przekonywała mnie - Musisz, jeśli chcesz
pomóc pobratymcom.
- Nie każ mi tego robić. - mimo, że nie była to żywa ofiara doskonale wiedziałem jak działa na mnie każda krew ludzka.
Shevy sięgnęła po jeszcze jedną torebkę, ale tym razem podsunęła mi ją
pod nos. Zapach od razu wbił się w moje nozdrza, a ja poczułem tysiące
żyletek w krtani.
Zacisnąłem powieki i chwyciłem torebkę, po chwili sącząc łapczywie...
***
Wydałem z siebie pełny zadowolenia pomruk gdy opróżniłem ostatnią
torebkę. Wydawało się, że Shevy zaraz wyjdą oczy z orbit. Wyjęła
chusteczkę i otarła mi nią usta, a potem twarz.
- Nigdy nie widziałam żeby... - urwała bo zrozumiała, że nie powinna kontynuować. W końcu ile dekad byłem na diecie?
- Powiedz mi co się dzieje - spytałem sprzątając po sobie.
- Przywódcy mają coś co nas obroni, ale musimy być w gotowości. -
wyjawiła. Spodziewałem się drastycznych szczegółów. - Jak wojna, to
wojna. - wstała i zapaliwszy zapałkę rzuciła ją na stertę "śmieci",
które po chwili zamieniły się w popiół.
Znaleźliśmy konie i podążyliśmy w stronę zegara Big Ben.
Katherine? Sorki, że tak długo czekałaś, ale za to masz długie ;3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz