poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Od Jev'a - CD historii Katherine

Zanim wampirzyca odjechała usłyszałem jej ostrzegawcze słowa: "Bądź gotowy", po czym pożegnała mnie sztucznym uśmiechem. Ona nigdy nie przestanie zadzierać nosa, pomyślałem i wskoczyłem szybko do mojego Lexusa i zapaliwszy silnik wyjechałem z uliczki.
Był środek nocy, a tak właściwie 2:42, otworzyłem okna i wpuściłem do auta świeże nocne powietrze. Nie mrugnąłem nawet okiem usłyszałem trzask otwieranych i zamykanych drzwi samochodu, Shevy już siedziała na miejscu pasażera i przyglądała mi się uważnie chłonąc każdy szczegół.
Wyciągnęła coś z kieszeni skórkowych czarnych i mocno przylegających spodni i położyła w schowku na przedmioty.
Zerknąłem na wnękę i zobaczyłem tam zapalniczkę i paczkę papierosów.
Zaśmiałem się i mruknąłem:
- Dzięki.
Reszta jazdy upłynęła nam w milczeniu. Mimo tego, że czasem naprawdę mnie wkurzała i miałem do niej żal za to, że zrobiła to co zrobiła, ale jej obecność dodawała mi nieco otuchy. Z punktu widzenia obserwatorów m.in ludzi; byliśmy zwykłą zakochaną parą, a tak naprawdę jesteśmy dwoma 300 letnimi wampirami, które za życia ludzkiego darzyły się bezgraniczną miłością i wiedziały o sobie wszystko...
Nie koncentrowałem się na drodze, bo mógłbym prowadzić samochód nawet siedząc tyłem i nie spowodować wypadku, w końcu dotarliśmy do mojego domu i wysiadłszy ruszyliśmy w swoją stronę. Ja do stajni, a potem do lasu, ona...a Bóg wie gdzie.
***
Wróciłem przed świtem, Shevy siedziała w kuchni popijając świeżo wyciśnięty jabłkowy sok z zakręconej kolorowej słomki. Gdy wślizgnąłem się do pomieszczenia wampirzyca podała mi szklankę. Wyjąwszy słomkę przechyliłem szklankę i wypiłem napój duszkiem.
Shevy miała na sobie sweter w czarno-białe pasy, bordowe spodnie i czarne buty firmy Conversa. Włosy splecione w ciasny warkocz i tak połyskiwały miedzią.
Przyglądałem się jej przez chwilę, prawdopodobnie tyle co ona mi.
Uśmiechnąłem się i wstałem.
- Przebiorę się - ściągnąłem biały podkoszulek uplamiony paroma kropelkami krwi i potruchtałem do swojej sypialni. Wziąłem porządny prysznic, a następnie założyłem na siebie czarną koszulę zapinaną na guziki i tego samego koloru sztruksowe dżinsy. Zszedłem na dół chwytając shandy z blatu i uśmiechając się tajemniczo.
- A Tobie co? - spytała Shevy śmiejąc się perliście. Miała coś jeszcze dodać, ale wtedy usłyszeliśmy brzęczenie co oznaczało, że przyszedł jej SMS. Z tylnej kieszeni spodni wyjęła całkiem zwyczajną komórkę. Odczytując ją jej wyraz twarzy od razu nabrał powagi. Przewertowała jeszcze raz treść po czym posłała mi współczujące aczkolwiek pełne stanowczości spojrzenie.
- Będziemy musieli się przygotować - zamknęła klapkę telefonu i włożyła ją do kieszonki kurtki, którą zaraz włożyła. - Jedziemy. - chwyciła kluczyki mojego samochodu, ale po chwili upuściła je z hukiem. - Wiem - pisnęła i wybiegła wznosząc za sobą tumany kurzu.
***
Po niecałej minucie Shevy przyprowadziła Xanę i Kawalera ze stajni, obutych w siodła, wodze, czapraki i inne jeździeckie idiotyzmy.
- A to po co? - uniosłem brew
- Xana jest nieśmiertelna, więc na wojnie nic jej się nie stanie. - uznała i podała mi wodze Xany. Sama zaś wsiadła na Kawalera.
- Ale on nie jest taki jak ona! - zaprotestowałem dosłownie zrzucając ją z siodła ogiera.
- Już jest. - wzruszyła ramionami, a ja przyjrzałem się koniu. Zrobił się nieco wyższy i mężniejszy, a jego grzywa nabrała miękkości i wytrzymałości. Rżał i podskakiwał radośnie gotowy do ataku.
- Jak? - jęknąłem, ale to Shevy teraz przejęła pałeczkę i ponownie wsiadłszy na Kawalera krzyknęła:
- Wio!
***
Byliśmy w samym środku miasta, a dokładniej przed szpitalem św. Thomasa.
Nie od razu zrozumiałem o co chodzi
- Twój chłopak leży w szpitalu? - sarknąłem - Wybacz, nie mam kwiatów. - rozłożyłem ręce w przepraszającym geście.
Nawet nie pokazała mi języka, tylko zeskoczyła z konia i przywiązała go do słupa elektrycznego. Poszedłem w jej ślady, nie do końca świadom czego ode mnie oczekuje.
- Musisz być silny - zaczęła ostrożnie
Nie było nawet szóstej, więc ludzi też nie, w końcu dotarł do mnie sens jej słów.
- Mam żerować?! - wybuchnąłem o oktawę za głośno - Na umierających? - rzuciłem jej pełne pogardy spojrzenie.
- Nie, kretynie. Wykradniemy parę torebek z krwią. - wyjaśniła mówiąc tonem jakim najczęściej przemawia się do idiotów. - Zwierzęca krew nie sprawi, że będziesz wystarczająco silny. - postanowiła na razie nie przyjmować do siebie moich zastrzeżeń bo pociągnęła mnie za rękę.
***
Byliśmy w jakimś pomieszczeniu, które zapewniało torebkom z krwią wystarczająco chłodny klimat. Shevy otworzyła paznokciem zamek i z takim samym impentem lodówkę i poczęła pakować do dużej lnianej torby krew.
Gdy spakowała co najmniej 20 opakowań wymknęliśmy się z pomieszczenia pozostawiając go w prawie nienaruszonym stanie.
***
Byliśmy w Central Parku, w jakimś mało widocznym zaułku. Mimo, że nie był zaludniony musieliśmy się trzymać na baczności. Bo jeśli jakiś przechodzień zauważyłby parę "dwudziestolatków" siedzących na trawie i pijących krew chyba padłby trupem, albo zgłosił strażom, bo aktualnie trwa obława, ehh.
- Powiesz mi co się dzieje? - spytałem starając się nie zerkać w kierunku jej lnianej torby.
- Jeśli to wypijesz wyśpiewam ci wszystko jak ptaszek. - uśmiechnęła się i wyjęła opakowanie krwi. Poczułem palący ból gardła i zacisnąłem zęby.
- Nie mogę - odparłem z trudem odwracając spojrzenie.
- Twoja strata - odkręciła kurek i zaciągnęła długi łyk, jej wargi pokryła lepiąca czerwona ciecz.
Zlizała ją z westchnieniem.
- Mmm... - nie minęło parę sekund torebka już była pusta, a wydłużone kły Shevy zniknęły. - Jev! - przekonywała mnie - Musisz, jeśli chcesz pomóc pobratymcom.
- Nie każ mi tego robić. - mimo, że nie była to żywa ofiara doskonale wiedziałem jak działa na mnie każda krew ludzka.
Shevy sięgnęła po jeszcze jedną torebkę, ale tym razem podsunęła mi ją pod nos. Zapach od razu wbił się w moje nozdrza, a ja poczułem tysiące żyletek w krtani.
Zacisnąłem powieki i chwyciłem torebkę, po chwili sącząc łapczywie...
***
Wydałem z siebie pełny zadowolenia pomruk gdy opróżniłem ostatnią torebkę. Wydawało się, że Shevy zaraz wyjdą oczy z orbit. Wyjęła chusteczkę i otarła mi nią usta, a potem twarz.
- Nigdy nie widziałam żeby... - urwała bo zrozumiała, że nie powinna kontynuować. W końcu ile dekad byłem na diecie?
- Powiedz mi co się dzieje - spytałem sprzątając po sobie.
- Przywódcy mają coś co nas obroni, ale musimy być w gotowości. - wyjawiła. Spodziewałem się drastycznych szczegółów. - Jak wojna, to wojna. - wstała i zapaliwszy zapałkę rzuciła ją na stertę "śmieci", które po chwili zamieniły się w popiół.
Znaleźliśmy konie i podążyliśmy w stronę zegara Big Ben.

Katherine? Sorki, że tak długo czekałaś, ale za to masz długie ;3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz