Shevy już miała z kim walczyć. Rzuciło się na nią czterech ludzi, jeden wstrzyknął jej osłabiającą substancję, ale ona zdawała się być na nią nieporuszona. Wysunęła kły i z zimną krwi zabijała z wiarą.
Wtem runąłem na ziemię powalony strzałą z białego dębu wbitą w kręgosłup. Wygiąłem się by wyciągnąć ją z pleców, ale miałem inne problemy. Otoczyło mnie kilkoro żołnierzy. Jednak ja zwinie wyskoczyłem z kręgu i wskoczyłem prosto na kark jednego z nich, łamiąc go. Jego kompan wbił mi patyk w kolano i usiadł na mnie próbując wbić kołek w serce. Podniósłszy głowę walnąłem go z taką siłą główką w główkę, że odleciał na dobre 2 metry. Pokonałem dwa wampiry, ale ich liczba nagle się potroiła. Kątem oka zerknąłem na zmagającą się z wampirami Shevy, która nie dawała za wygraną. Poszedłem w jej ślady. Wysunąłem kły i warknąłem dziko...
***
Ciemność...
Hm? Jestem w domu? Jeszcze 5 minut, Xano.
Dźwięki dobiegały do mnie jak do tonącego, wszystko było przytłumione.
- Wstawaj - odezwał się jakiś męski, stanowczy głos - Jev! - stęknął i usłyszałem jak powala się na kolana obok mnie.
- Rixon? - jęknąłem i otworzywszy oczy zobaczyłem tę rzeź.
Wszędzie było mnóstwo krwi, czerwona i lepiąca ciecz oblepiała wszystko wokoło. Drzewa, ławki, chodnik, budynki. Bitwa trwała nadal.
Szybko wstałem i wyjąłem przyjacielowi siedem patyków z okolic klatki piersiowej, które zadawały mu ból. Podałem mu rękę i pomogłem wstać. Jeden maruder podbiegł do mnie, ale mój odpoczynek na chodniku dał mi nieco przewagi. Wszyscy byli spoceni i zmęczeni. Skoczył na mnie, ale zrobiłem unik i żołnierz skoczył na słup elektryczny.
Rixon cały czas dotrzymywał mi kroku i robiąc uniki dawał popalić żołnierzom. Zresztą nie tylko on.
- Gdzie Shevy? - spytałem nagle dostawając olśnienia.
- Nie wiem - wzruszył ramionami - Widziałem ją parę minu temu jak... - urwał bo zostaliśmy otoczeniu *znowu* w ciasnym kręgu kilkunastu żołnierzy.
Przyjęliśmy pozycje drapieżników czyhając na swoje przyszłe ofiary.
***
Do naszej listy dołączyło jakiś 20 żołnierzy, ale oni wydawali się nieskończenie wielką liczbą. Ich broń także się nie kończyła...
- Rix! - zawołałem cicho
- Jestem - wyszedł spod walącej się wierzby z krwią na ustach, której parę sekund temu nie było. - Załatwiłem ich.
- To jeszcze nie koniec. - odparłem, ale przecież wszyscy o tym wiedzieli. - Musimy się dowidzieć gdzie trzymają skład. - pociągnąłem go za rękaw, a tak naprawdę potargane i zabrudzone szmaty. Ja nie wyglądałem z resztą lepiej.
- Czekaj - zatrzymał się i wskazał podbródkiem okrągły kanał.
- Chyba żartujesz. - wybałuszyłem oczy.
Ale ten tylko pociągnął mnie w stronę kanalizacji.
***
Mój wyostrzony węch dawał mi się we znaki
- Ale smród. - marudziłem. Szliśmy zgarbieni w poszukiwaniu...A Bogowie wiedzą czego.
Widać Rixonowi zapach nie przeszkadzał tak bardzo, zastanawiałem się dlaczego...
Jednak nie to było moim największym problemem.
- Nie dokończyłeś gdzie ostatni raz widziałeś Shevy. - zagaiłem.
- Nie pamiętam - kolejny wzruszył ramionami i nieszczerze odwrócił wzrok.
- A przywódcy? - obaj wiedzieliśmy, że pytałem o Katherine.
- Nie miałem czasu patrzeć jak popijają burbon. - żachnął się wciąż zły na Kath.
- Jestem pewien, że też walczyli - powiedziałem z mocą, ale on tylko wzniósł oczy ku niebu i z latarką szedł dalej.
- To tutaj - wskazał ręką drabinkę i nie dotykając szczebli wskoczył na sam szczyt. Zrobiłem to samo.
***
- Wow - opadła mi szczęka gdy zobaczyłem, że znaleźliśmy się w pomieszczeniu wysadzanym złotem. Rozejrzałem się wokół. Na ścianie wisiały różne rodzaje broni. Od szlachetnych mieczy, oczywiście z drobinkami drewna po karabiny maszynowe. Wśród nich znajdowały się także bagnety, szable, sznury z werbeną, bomby z środkami silnymi środkami odurzającymi, pistolety z drewnianymi kulami.
- Yeah - przerwał moje rozmyślania Rixon - Pomysłowe dupki.
Zaśmiałbym się gdyby nie okoliczności. Rix i tak był całkiem poważny.
Zaczęliśmy przetrząsywać pomieszczenie w poszukiwaniu czegoś pożytecznego. Nagle rozległy się szepty i odgłos kroków.
Obaj schowaliśmy się za zasłoną gdy do pokoju weszła wysoka postać. Bacznie rozejrzała się po pokoju i otworzywszy jakąś szufladę sięgnęła po nóż. Zdziwiłem się bo przyjrzawszy się był on całkiem zwyczajny.
- Wyłaźcie - zabrzmiała złowrogo. - Rix, Jev, szybciej - szepnęła ponaglająco i obaj w tym samym momencie wychyliliśmy głowy - Shevy?
- A kto? - rzuciła swoją kurtkę khaki na krzesło i poprawiła kask by blond kosmyki przypadkiem nie wydostały się na zewnątrz.
- Co ty tu robisz? - spytałem - Jesteś z nimi??? - poczułem, że oczy zaraz wyjdą mi z orbit, ale ona tylko odpowiedziała:
- Bierzcie - zza pazuchy wyciągnęła cztery czarne pistolety. - Jestem głównym generałem oddziału, więc szybko spadajcie zanim ktoś Was zauważy - poleciła i zaczęła zrzucać z ozdobnych wieszaków broń i polewać wszystko wokół alkoholem. - Spalę to. - wyjaśniła
- Ale jak to wyjaśnisz? - spytałem podczas gdy Rixon wziął nogi za pas i był przynajmniej 120 metrów przede mną.
- Powiem, że były tu zakołkowane wampiry. - wzruszyła ramionami i zapaliła zapalniczkę.
- Chodź - chwyciłem jej dłoń odzianą w czarną rękawiczkę, ale ona wygoniła mnie z pomieszczenia i zamknęła drewniane drzwi na klucz. Zakląłem i próbowałem je otworzyć, ale nagle odsunąłem się bo wszystko zaczęło wybuchać. Języki ognia ślizgały się po całej piwnicy i widziałem, że łagodnie aczkolwiek szybko pną się ku górze.
*Nic mi nie będzie - wysłała "uspokajającą" myśl.
Pobiegłem za Rixonem.
***
Zdyszany dobiegłem do środka bitwy, tam gdzie znajdował się Rixon i resztka żołnierzy. Wtem ujrzałem czarny cień opadający na mnie. Przekręciłem głowę i ujrzałem...Xanę!
- Co ty tu robisz? - ostatnio zadawałem do pytanie dość często, bo świat nie przestał mnie zadziwiać. Ale ona tylko pokiwała głową i zarżała, przy tym uderzyła tylną nogą dwóch żołnierzy, którzy ośmielili się podbiec do tego wysłannika Mroku.
Zaczęła kiwać głową i pokazywać mi kierunek południa - mój dom. Rżała błagalnie.
- O co chodzi? - spytałem, ale gdy podszedłem do niej na tyle blisko ta wzięła mnie na swój grzbiet i pognała przez tłum walczących. Przeskakiwała zwinnie przeszkody, biegła z prędkością 70 metrów na sekundę, więc po chwili byliśmy już w domu.
- I? - spytałem zsiadając z niej, ale ona tylko pobiegła na tyły stajni. - Nie mów, że chcesz jeść! - dogoniłem ją i już miałem ją zlać po pysku gdy ona otworzyła drzwi do niegdyś mego zacisznego pokoiku. Gdzie testowałem różne eliksiry. Zaczęła podskakiwać w miejscu i szmerać nosem po jednej z białych szuflad. - Ej - zganiłem ją wzrokiem - Uważaj. - otworzyłem szufladkę i wyjąłem z niej jedną drobnostkę. - Xana! - krzyknąłem - Jesteś wielka! - przytuliłem ją, a ona upewniwszy się, że schowałem przedmiot do pudełeczka zarzuciła mnie sobie na grzbiet i wybiegła z domu na pełnych obrotach.
***
Znów znaleźliśmy się w centrum bitwy, widziałem jak większość niepozornych budynków płonie, pewnie za sprawą Shevy, która działała na dwa fronty.
Xana tym razem przeskakiwała większość trupów, i biegła jeszcze szybciej. W końcu dotarliśmy do bazy przywództwa, ale nie było ich tam. Katherine. Nie, nie mogło się jej nic stać! Byłem tak przejęty, że nie zauważyłem jak jeden żołnierz wymierza do mnie parę strzałów. Krew trysnęła z moich boków, a potem ujrzałem tylko syna Jonathana, który wymierza ostateczny cios. Prosto w serce.
***
Moje powieki są na w połowie otwarte, czuje rozdzierający ból, który nie daje się okiełznać. Ale żyje. Kołek ociera się o moje serce...
Widzę wysoką postać nade mną.
Próbuje otworzyć szerzej oczy, ale nie mogę. Jęcze tylko:
- Katherine... - postać pochyla się nade mną i widzę... Widzę te idealnie pełne wargi, szczupłą sylwetkę, śnieżnobiałą cerę bez żadnej skazy.
- Jev. - słyszę jej gdy zabiera głęboki wdech.
Cztery setki żołnierzy biegnie na plac, nie wiedziałam, że w Europie też mają sojuszników - dobiegła mnie pełna żalu myśl Shevy.
- Katherine - wymawiam to imię cicho i spokojnie - Wyciągnij z tylnej kieszeni moich dżinsów, a raczej ich resztek zieloną sakiewkę. - starałem się zdobyć na jakiś żart.
- Gdy roztrzaskasz to - przerwałem bo musiałem wziąć wdech - na kawałki...wszystkich żołnierzy pochłoną wibracje ziemi. Usłyszą je, i na chwilę ogłuchną. Wtedy będzie można ich za..zabić. - wyjaśniłem - Zachowaj medalion na coś ważniejszego. - dotknąłem jej zimnej ręki. - A teraz... - zachłysnąłem się krwią i wycedziłem - umieram. - Poczułem jak kołek wbija się boleśnie w serce. Kocham cię... - nie wiedziałem czy wypowiedziałem te słowa, nie wiedziałem nawet czy dane mi kiedyś będzie otworzyć oczy. Została mi tylko wiara.
Katherine?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz