Napełniłem jej misę czystą, świeżą wodą, a warzywa i owoce podałem na drewnianej tacy. Xana bowiem była klaczą-damą. Jakbym dał jej pewnie łyżeczkę, nóż i widelec to by okiełznałas sztućce i nimi jadła. Tak naprawdę nie było jej potrzebne jedzenie, ale bardzo je lubiła. By przeżyć musiała pić wode, którą i tak odkładała w różnych walorach skóry.
- Dobranoc, Xano. - odłożywszy zgrzebło na swoje miejsce poklepałem ją po grzbiecie i pożegnałem ją. Nie zdziwiłbym się gdyby rano jej nie było. Bez problemu sama by otworzyła sobie boks i jeszcze go zamknęła!
Powolnym krokiem powróciłem do domu.
***
Następnego poranka obudziło mnie drganie cząsteczek powietrza, drgały ponieważ mój telefon dzwonił jak ogłupiały.
- Halo? - odebrałem go, starając się by mój głos zabrzmiał jakbym był całkowicie wypoczęty.
- Jev? - zapytał jakiś kobiecy głos. Już wiedziałem kto to jest. - Jev, z tej strony Rachel - jak na półtora wieczną wampirzycę była czasami głupia. Jakbym jej nie umiał rozpoznać.
- Tak, wiem - pokiwałem głową - Chciałaś czegoś? - przysypiałem
- Zapraszam cię na mój bal. Nie przyjmuje odmowy.
Bal za balem, czy te baby umiaru nie posiadały?
Uniosłszy brew zapytałem:
- Gdzie mieszkasz? - odpowiedziała mi, i zaczęła nawijać o czymś tam, ale ja niezbyt ją słuchałem, przytakiwałem tylko gdy pytała: "Halo? Jesteś" albo "Wiesz, nie chce ci przeszkadzać" Była 5 rano! Przegadała ze mną na wpół śpiącym - potakującym parę godzin.
Gdy w końcu odłożyłem słuchawkę usłyszałem rżenie konia.
Westchnąwszy ubrałem się w luźny czarny T-shirt i dżinsy.
- Xano... - mruknąłem przecierając oczy - Czy ty masz pojęcie, która jest godzina? - burczałem pod nosem zakładając zegarek. No tak, było po 11. Ech...
Klacz zarżała głośno, uradowana czymś o czym nie miałem pojęcia.
- Co? - zapytałem, a ta zaczęła się śmiać po końskiemu. Przekręciłem głowę i zobaczyłem pięknego ogiera.
- Ihaaaaaaaa! - schylił się bym mógł go pogłaskać, popatrzył na mnie błagającym wzrokiem jakby mówił: "Poddaj mnie ocenie".
Zamiast tego podszedłem do Xany i uszczypnąłem ją.
- Miałaś mi nie sprowadzać żadnych kawalerów! - oskarżyłem ją, na co ona mnie pchnęła i zaryłem nosem o glebę. Zaśmiałem się. - Dobra może zostać. - zgodziłem się - Chodź tu. - przywołałem go gestem. Dumnym krokiem podszedł do mnie i zamaszyście trzepnął głową, tak by jego grzywa spoczęła na mnie. - Jesteś bardzo przystojny, ale nie licz na to, że mnie pobijesz. - zanurzyłem dłoń w jego grzywie. - Chodź, trzeba cię umyć. - kiwnąłem głową i pokazałem mu podbródkiem stajnie. Zaczął skakać jak źrebak i rżeć. - Ścigajmy się! - wykrzyknąłem i ruszyłem w kierunku stajni.
Katherine? Marna wena, ale przyznaj, konik ładny ^^
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz