Wyminęłam go nie mówiąc nic więcej i wsiadłam do McLarena. Gdy ruszyłam zauważyłam w lusterku, że już go nie było. Włączyłam jakąś dobrą muzykę, a mówiąc dobrą muzykę, myślę - Mozart. Nie chciało mi się jechać do samego Sheffield, lecz nie miałam wyboru. Tam zostawiłam pewien bardzo wartościowy medalion, bez którego wszyscy zginiemy...
Odrzuciłam szybko myśli, gdy zaczęły podążać ku Christopherze, moim zmarłych poprzedniku i przyjacielu, oraz mitom, które bez wątpienia były prawdą. Czterdzieści dwa lata temu sama się o tym przekonałam.
Zostaw ten temat - skarciłam się. - To nie ma sensu. Stanie się to, co stać się musi.
A jednocześnie czułam ból, ponieważ w następnych latach już nie mogłabym użyć daru zesłanego przez wampirze bóstwa.
Powinnam jechać do Sheffield przez trzy godziny. Jednak moje łamanie przepisów (prawa ludzkiego już nie uczyłam się i nie przestrzegałam tak bardzo) i szybka jazda sprawiły, że zajęło mi to dwie godziny. Teraz najtrudniejszą częścią było pakowanie "na wojnę".
Hym... Co mogłam wziąć? Jak się ubrać?
- Praktycznie i jednocześnie seksownie - powiedziałam nagłos, oglądając się w lustrze.
Dobra. Nie mogłam marnować czasu. Wygrzebałam z szafy kolejne czarne, skórzane spodnie i ciemnoszary top na ramiączka. Dodać do tego skórzaną kurtkę idealnie pasującą do spodni - wow. I oczywiście czarne kozaki sięgające do kolana na obcasie. Oczywiście związałam też włosy w wysoki kucyk, by było wygodniej mi walczyć.
Następnie wybrałam się do piwnicy, czyli do miejsca zakazanego. Zbrojownia i sejf. Te dwie rzeczy obok siebie. Najpierw udałam się do zbrojowni. Wybrałam najostrzejszą katanę - moją ulubioną broń. Wygodna i dobrze zabijała. Włożyłam ją do pochwy, którą przypięłam sobie do pasa. Obok niej były dwa pistolety. Nie wiem dlaczego, ale miały srebrne naboje. Chyba jednak nie zamierzałam zabijać swoich... Chyba.
Do kieszeni powkładałam sobie jeszcze komplety sztyletów i wreszcie wyszłam ze zbrojowni. Teraz czas na sejf. Hasło... Hasło?
- Kurwa - syknęłam i zastanowiłam się. - Jaki mogłam użyć kod liczbowy...?
Ach, tak. 184352. Zadziałał. Odetchnęłam z ulgą.
Weszłam do małego pokoiku pełnego różnych złotych, święcących rzeczy. Jednak one mnie nie obchodziły. Szukałam tu większego skarbu.
Odsunęłam idealną replikę Mona Lisy - to chyba była replika - i moim oczom ukazała się szara skrytka. Na odcisk palca. Przyłożyłam swój i po chwili urządzenie zapikało. Otworzyłam skrytkę.
Medalion był piękny. Wiedziałam go chyba z setny raz w życiu - często do niego zaglądałam - ale nadal zachwycał. Był zrobiony z białego złota, a ozdabiały go rzadko spotykane - czerwone i czarne diamenty.
Szybko nałożyłam go na szyję i schowałam go pod kurtką. Nie chciałam, żeby rzucał się w oczy.
Co jeszcze było mi potrzebne? Ach, tak. Uśmiechnęłam się. Nie ma bez tego wojny...
- Żarty sobie robisz - roześmiał się Thomas, gdy dwie godziny później byłam już przed Bazą, czyli Kwaterą Wampirów Anglii. - Idziemy na wojnę, a nie na imprezę.
- Wojna? Impreza? - wzruszyłam obojętnie ramionami, lecz nie mogłam ukryć uśmiechu. - Co za różnica?
- Święta racja - poparł mnie Pavlo, który pojawił się znikąd i wyrwał mi butelkę whisky. - Masz tego więcej, prawda?
Skinęłam głową ku samochodowi.
- W bagażniku.
Pavlo prawie podskoczył ze szczęścia i pocałował mnie w policzek, a Thomas tylko pokręcił głową z uśmiechem mrucząc pod nosem: "To naprawdę są poważni przywódcy klanów?" albo "Jak dzieci...".
Całej tej sprawie z alkoholem przypatrywała się chyba dwusetka wampirów, które zgromadziły się przed Bazą.
- To co? - klasnęłam w dłonie. - Idziemy?
- Umówiliśmy się z Carlosem Williamsem, który teraz rządzi łowcami, pod Big Benem za godzinę. Teraz możemy usiąść i przeczekać ten nędzny czas! - oznajmił Thomas.
- Odliczanie do śmierci trwa - zadrwił Pavlo.
- A teraz... - Thomas zignorował go i zwrócił się do mnie. - Czy masz...?
- Broń masowego rażenia, w którą większość nie wierzy? - uśmiechnęłam się i wyjęła medalion zza kurtki. - Tak, mam.
Jev?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz