niedziela, 3 sierpnia 2014

Od Jev'a - CD historii Katherine

Gdy już dokładnie wyczyściłem mego nowego ogiera, jeszcze nie wiedziałem jak go nazwać, więc nazywałem go "kawalerem", wpadłem do domu po komórkę i białą koszulę, którą narzuciłem na nagi tors.
Dostałem sms-a od Rachel...
"Przyjedź jak najszybciej do TO" - TO? Skąd miałem wiedzieć co to jest? Przeszukałem książkę telefoniczną i znalazłem Tablica Ogłoszeń "TO". Co ta kobieta zaś wymyśliła? Miałem jechać do miasta po jabłka dla koni, ale zabierało się na to, że one ze mną pojadą.
- Kawaler! Xana! - zawołałem ich, a te dwa bawiące się razem dorosłe konie przybiegły w podskokach. Wskoczyłem na Xanę. - Wybieramy się do miasta. Pędzikiem. - pośpieszyłem Xanę. Jej towarzysz dorównał nam kroku i biegł razem z nami. Musiało to wszystko komicznie wyglądać, ale mnie bardziej niepokoiło co się dzieje w "TO".
***
Dotarłem do popielatego budynku jakieś 5 minut po tym jak wyruszyłem z domu.
- Zaczekajcie - nakazałem podopiecznym i wbiegłem do miejsca, w którym rzekomo działo się cóś ważnego. Czyżby Rachel zgubiła swój diamentowy naszyjnik? A może straciła gdzieś swoje nożyczki? Czasami wątpiłem, że Rachel jest wampirem.
Zobaczyłem ową wampirzycę ubraną w krótkie szorty i czarną, podwijaną bluzkę. Jednak nie ona przykuła moją uwagę tylko ton głosu, który znałem zbyt dobrze bym mógł o nim zapomnieć.
Na podium siedziała Katherine.
- Odchodzę - oznajmiła bezbarwnym, wypranym z emocji głosem i wybiegła z sali, pozostawijąc czarny, skórzany fotel pusty, już na zawsze. W pomieszczeniu rozległy się jęki zawodu i niezrozumiałe szepty. Innymi słowy zapanował istny gwar.
- I dobrze. - zaśmiała się Rachel - Była wredną... - nie dokończyła bo zauważyła, że odchodzę od niej w kierunku, w którym pobiegła Katherine.
***
Znalazłem ją w ustronnym miejscu. Siedziała na ławce, podwinęła nogi i włożyła je pod brodę oplatając rękami. Cicho łkała.
- Katherine... - szepnąłem - Dlaczego? - podszedłem do niej, ale ta wydała z siebie bezgłośne "Nie". Miała rację, nie zachowywaliśmy się jak przyjaciele. Zachowywaliśmy się jak uczniaki, które rywalizują ze sobą. - Nie możesz. - zaprzeczyłem sam sobie - Kto obejmie dowództwo? - miałem ochotę zalać ją lawiną pytań zamiast tego siłą odkleiłem jej ręce od twarzy i zmusiłem by na mnie spojrzałam.
- Chodźmy stąd.
- Mianowicie gdzie? - warknęła poprzez łzy
Zagwizdałem cicho aczkolwiek dość słyszalnie.
Raz dwa przybiegły do nas dwa konie, Xana i kawaler, którego nie nazwałem.
- Masz kolejnego konia? - zmarszczyła brwi
- Mhm. - mruknąłem - Xana se przyprowadza. - fuknąłem i dałem wampirzycy lekkiego kuksańca. - Chodź, proszę. Przejdziemy się, a i Xana przeprasza za róże, była głodna. - zaśmiałem się.
Klacz podeszła do Katherine i wtuliła łeb w jej włosy, jakby chciała powiedzieć: "Przepraszam, ale Twoje róże i tak miałam niestrawności, nie były za dobre"
- Ja też przepraszam, zachowałem się głupio, ale sama powinnaś zrozumieć. - uciąłem - To co, jedziemy na naszą przejażdżkę?

Katherine?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz