- Kocham cię... - wyszeptałam i pocałowałam go w czoło. - Zawsze będę cię kochać.
Wyjęłam kołek z jego piersi i odrzuciłam go w bok. Krew zaczęła sączyć się z otwartej rany. Cierpiałam tak bardzo, jak jeszcze nigdy w moim nieśmiertelnym życiu. Dopiero teraz zrozumiałam swoje błędy. Zrozumiałam, co to znaczy kogoś kochać, a potem stracić.
Życie jest bolesne.
Człowiek rodzi się. Poznaje świat. W pewnym momencie dojrzewa i zakochuje się. To pierwsze zauroczenie, które najczęściej okazuje się zgubne. Potem człowiek cierpi i myśli, że to już koniec. Jednak to dopiero początek. Nowe doświadczenia sprawiają, że staje się mądrzejszy. I wstaje. Bo ma wiarę. Zakochuje się jeszcze nie raz i jeszcze nie raz ma złamane serce. Aż wreszcie wie, że spotkał tą jedyną osobę, z którą chcę spędzić resztkę życia. Bierze ślub, płodzi dzieci. A potem wszystko się kończy, a człowiek umiera.
Każdy kiedyś umrze.
Życie jest dziwne.
- Ale trzeba wstać - ostatnie słowa wypowiedziałam na głos, cicho. - Bo to nie koniec. To dopiero początek.
Przełknęłam łzy i ostatni raz spojrzałam na pustą twarz Jev'a. Potem sięgnęłam do kieszeni jego spodni i wyjęłam stamtąd zieloną sakiewkę. Spojrzałam na nią. Była naprawdę piękna. Prawie tak bardzo, jak mój medalion. Może też był darem boskim?
Nie miałam czasu się zastanawiać. Roztrzaskałam to, a wszyscy śmiertelnicy upadli na kolana, całkowicie ogłuszeni. Rozejrzałam się i zobaczyłam, że została nas tylko garstka. Około piętnastu wampirów. Stali chwiejnie na nogach.
- Na co czekacie!? - wrzasnęłam. - Zabijmy ich!
I wtedy wszyscy - ja także - rzucili się do akcji. Ścinaliśmy ich głowy, aż wreszcie nie został nikt żywy. Wtedy upuściłam moją katanę i rozejrzałam się. Kilka nieznajomych twarzy, kilka znajomych. Nigdzie Pavla i Thomasa.
Oni też polegli. Wszyscy zaczęli do mnie podchodzić. Zrozumiałam. To ode mnie zależało, co będzie dalej.
Tylko, że dla mnie dalej nie było nic.
I nagle przed oczami pojawiło mi się wspomnienie przed czterdziestu dwóch lat.
Sztywne ciało mojego przywódcy leżało na moich kolanach. Patrzył na mnie wzrokiem umierającego.
- Teraz ty musisz przejąć medalion - wychrypiał. - Katherine... Jeden został wykorzystany. Drugi czeka. Ona jest nam winna przysługę. Pamiętaj, żeby wykorzystać to w ostateczności.
Pokiwałam głową, łzy skapywały mi na ziemię.
- Christopherze... Co się stanie, jak umrzesz? Nie dam rady rządzić twoim klanem.
- Dasz, Katherine. Dasz. Wierzę w ciebie.
One we mnie wierzył. To znaczyło dla mnie wszystko. Był dla mnie, jak ojciec, którego utraciłam dawno temu. Poza nim nie miałam nikogo.
- Wiara to czasem ostatnie, co nam pozostaje - wyszeptał i umarł.
Pociągnęłam nosem i pokiwałam głowę.
- Ja wierzę.
Wróciłam do rzeczywistości. Wszyscy przypatrywali się mi. Sięgnęłam do medalionu na mojej szyi. Zauważyłam, że ciągle płaczę. W ten sam sposób, jak kiedyś. Bezgłośnie, bez łkania.
- Ona ma dług do spłacenia - wyszeptałam. - Przepraszam cię, Christopherze, że cię zawiodłam. Przepraszam, że zaniedbałam twoją wiarę - uniosłam głowę i nagle ogarnęła mnie furia. Wielka wściekłość. - Przynieście mi jednego żywego i jednego martwego człowieka!
- Wszyscy są martwi... - mruknął ktoś.
- TO ZNAJDŹCIE GDZIEŚ, NIE OBCHODZI MNIE GDZIE, ŻYWEGO! - wrzasnęłam.
Po chwili wszyscy zniknęli. Nie minęło pół sekundy, gdy przed moimi stopami pojawił się żywy i martwy człowiek. Ten żywy był zaledwie nastolatkiem. Przerażonym nastolatkiem.
- Co się dzieje!? - zawył.
Zignorowałam go i wyjęłam nóż zza mojego pasa. Potem zerwałam z szyi medalion i podeszłam do nastolatka.
- Podaj mi dłoń, chłopcze - użyłam magii, ponieważ nie zamierzałam się cackać. Zrobił to, a ja przecięłam mu ją nożem. Krew zaczęła skapywać na ziemię. Szybko podsunęłam medalion pod ranę. Zaczął być czerwony od jego krwi. Wtedy upuściłam jego dłoń, a on leżał zahipnotyzowany. - Krew żywego - powiedziałam i podeszłam do umarlaka. Jego dłoń również przecięłam i powtórzyłam proces. - Krew umarłego - przecięłam swoją dłoń. Ostrze gładko weszło pod moją skórę, lecz ja ledwo czułam ból. - Krew nieśmiertelnego - czerwona ciecz kapnęła na medalion. Wtedy staną w ogniu.
Upuściłam go na ziemię i odeszłam kilka kroków w tył. Inni, z przerażonymi minami, zrobili to samo. Ktoś o dobrym sercu nawet odciągnął zahipnotyzowanego nastolatka.
Na jego miejscu zaczął rysować się kontur. Poczułam falę wielkiej mocy. Największej we wszechświecie. Kontur zaczął formować się w ciało stałe.
I stanęła tam. Piękna, potężna. Stała na czterech łapach, dosięgała mi do szyi. Jej główna głowa była łbem lwa. Dumna i królewska. Patrzyła na świat groźnie. Druga przedstawiała kozła. Równie strasznego. Trzecia zaś smoka, a z jego nozdrzy buchał dym. Zamiast ogona był tułów syczącego węża. Każda para oczu była czerwona, jak rubiny i niebezpieczna.
Jednak się nie bałam.
- Co za burdel - przemówiła postać donośnym głosem, rozglądając się dookoła. Wtem jej wzrok spoczął na mnie. - Ach, Katherine... Zastanawiałam się, kiedy mnie wezwiesz. Tęskniłam...
- Super. Ja też - uciszyłam ją. - Chimero, za uratowania twojego bachora należy mi się nagroda, prawda? Uważasz, że ile żyć był warty?
- Nieskończoność - oznajmiła dumnie.
- Cudownie - wskazałam ręką na tą całą rzeź. - Proszę cię, abyś wskrzesiła wszystkich, którzy byli nieumarli.
Nie musiałam nawet na nią patrzeć, by wiedzieć, że jest zdziwiona i jednocześnie rozbawiona.
- Myślałam, że użyjesz medalionu do ważniejszej sprawy.
- To ważne. Oni wszyscy mieli rodziny i przyjaciół. Każdy z nich był dobrą istotą, która miała nadzieję na lepszą przyszłość.
Przyjrzała mi się uważnie.
- Myślałam, że cię znam. Kiedyś byłam tak samolubna, że chętnie zabiłabyś resztę przywódców, by dojść do władzy. A teraz? - pokręciła łbami. - Wtedy lubiłam cię bardziej.
- Cóż, przykro mi. A teraz spłacaj swój dług.
Nie każdy odważyłby się przemawiać tak do wszechmogącego stworzenia. W tej chwili było mi jednak wszystko jedno.
Wzruszyła ramionami i nie musiała się trudzić, by wszystkie martwe wampiry nagle odzyskały przytomność. Te, które przeżyły zaczęły być bardzo przejęte i odbiegły, szukając swoich znajomych.
- Dziękuję - powiedziałam.
Skinęła mi głową i zniknęła. Tym razem na zawsze.
Jev?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz