wtorek, 26 sierpnia 2014

Od Katherine - CD historii Jev'a

- Chyba nie nakarmiłam kota - oznajmiłam. - Nie mogę zostawić go na kilka godzin bez jedzenia. A jeśli umrę? Co z nim będzie? Kto się nim zaopiekuję?
To wystarczało, by kilka osób parsknęło śmiechem, a to oznaczało, że po raz kolejny zdobyłam ich aprobatę. Thomas pokręcił głową z uśmiechem.
- Nie masz kota.
- I o to chodzi, słonko - uśmiechnęłam się szeroko.
Pavlo spojrzał na butelkę whisky, która była już pusta i wymamrotał coś niezrozumiałego z żalem. Potem rzucił butelką o ścianę, a ta się rozprysnęła. Wybuchnęłam śmiechem i szturchnęłam go w ramię, lecz ten nie wydawał się rozbawiony. Pijak jakich mało.
- Nie śmiej się - powiedział patrząc na szkło leżące na ziemi. - Żeby wygrać wojnę potrzebuję tego więcej.
- Biedy Pav... - mruknęłam sarkastycznie i objęłam go z boku pocieszająco. - Nie martw się. Pomyśl o tym, że gdy wrócimy wypijesz więcej, niż przez całe swoje życie.
- A jeśli nie wrócimy? - pozostał pesymistą.
- Bogowie nad nami czuwają.
Thomas odchrząknął. Tak, jak większość przysłuchujących się nam wampirom - wyglądał na niepewnego.
- Kathy... - użył mojego najpieszczotliwszego zdrobnienia, którego nienawidziłam, a ludzie używali go tylko w sytuacjach, kiedy albo wyciągałam jakiś niechciany temat, albo byłam w niebezpieczeństwie. - Uważam, że nie powinnaś o nich wspominać.
Puściłam Pavla i przyjrzałam się uważnie Thomasowi. I wtedy zrozumiałam. Potem zaczęłam spoglądać na twarze prawie wszystkich zebranych, którzy słuchali. Zrobiło mi się przykro, co rzadko się stało. Byłam zawstydzona za mój własny lud.
Zacisnęłam pięści.
- Nie wierzycie - warknęłam. - Nie wierzycie, że gdzieś tam jest ktoś, kto nad nami czuwa. Myślicie, że jesteśmy sami!
Nie odpowiedzieli, co uznałam za potwierdzenie.
- Jesteście tak głupi i zaślepieni rzeczywistością. Czasem warto spojrzeć na coś czego nie widać gołym okiem! Myślicie, że nie ma nikogo!? Myślicie, że my nie zasługujemy na to, by mieć własnych bogów!? Tak, wiem. Jesteśmy bezdusznymi mordercami, którzy chętnie rozszarpią gardło każdemu człowiekowi! Ale to nie wszystko. To tylko nasza natura. Jest jeszcze coś - postukałam się po klatce piersiowej. - Tutaj. Może nasze serce nie bije i jesteśmy martwi, ale... - przełknęłam wściekłość i powstrzymałam łzy. - Wiem, że jednak mamy dusze. Czuję to. Czuję, że jesteśmy warci opieki. I ktoś nad nami czuwa - zerwałam medalion z szyi i podniosłam go do góry. - Jak inaczej wyjaśnicie to!? To dar od bogów! Jeden z boskich insygniów! - opuściłam medalion. - To nasz brak wiary sprawia, że oni nie pomagają nam w takich czasach. Nie wiem, jak wy, ale ja wierzę. Bo czasem wiara i miłość to jedyne, co pozostaje - uśmiechnęłam się. - I, tak. Mówię to ja, Katherine Elisabeth Aristow. Według niektórych najzimniejsza i najbardziej samolubna osoba na świecie. I pewnie macie rację, lecz ja wierzę. Wierzę w bogów i wierzę w odkupienie po śmierci. Bo nieśmiertelność, czy nie nieśmiertelność - wzruszyłam ramionami. - I tak wszyscy prędzej, czy później umrzemy. Ale bez wiary to raczej będzie prędzej. Ja wierzę i nie lękam się śmierci, a wy?*
Cisza. Cisza była niemal namacalna i uszy przez nią bolały. Głowy wszystkich były pochylone. Można, by pomyśleć, że wszyscy tu zebrani czuli się zawstydzeni. Ponad tym wszystkim napotkałam wzrok Jev'a. Wyraz jego twarzy był beznamiętny, więc nie miałam pojęcia, co czuł. I wtedy zdałam sobie sprawię, jak bardzo obchodzi mnie jego zdanie. Jak bardzo go kocham.
Odwróciłam wzrok za nim wyczytał z niego cokolwiek. Byłam wredną suką, a on zasługiwał na kogoś lepszego. Nie chciałam, żeby był ze mną uwięziony. Kochałam go i nie zamierzałam sprawiać, żeby był nieszczęśliwy.
- Ja wierzę - moje myśli wróciły to realnego świata i szykującej się wojny, gdy ciszę przerwał głos Pavla. - Wierzę, że zasługujemy na coś więcej. I też się nie boję. Żyłem już wystarczająco długo. Śmierć nie jest moim koszmarem.
- Moim też nie jest - zgodził się z nim Thomas. - Kiedy to tak określiłaś, Kath... - uśmiechnął się smutno i zarazem radośnie. - Muszę powiedzieć, że wierzę w tych bogów. Bo ktoś musi się nami opiekować.
I nagle wszystko zaczęło się dziać, jak w jakimś filmie. Na serio. Oglądałam wiele filmów, w których tak się działo.
- Ja też - odezwał się ktoś z tłumu.
- I ja.
- Wierzę.
- Ja wierzę.
- Nie boję się śmierci!
- Wierzę, że jest nadzieja...
Głosy wydawały się stłumione w mojej głowie. Teraz czułam wielkie szczęście. Mój lud jednak mnie nie zawiódł. Uśmiechnęłam się szeroko.
- Więc chodźmy skopać parę tyłków.


Spotkaliśmy się w wyznaczonym miejscu. Musiałam stwierdzić, że ludzi Williamsa było więcej, niż nas. Jednak my mieliśmy coś czego oni nie mieli. Nie. Nie chodzi mi o tą wiarę, miłość, przyjaźń, czy odwagę. Miałam na myśli medalion, który był powieszony na mojej szyi. Użyć go jednak chciałam tylko w ostateczności, gdy rozpęta się już prawdziwe piekło.
Na czele łowców stał syn Jonathana - Carlos. Uśmiechał się złośliwie, niewątpliwie czując, że wygraną ma w kieszeni. Nie było w nim, ani trochę żalu po śmierci ojca. Tylko czyta nienawiść i chęć mordu.
- Widzę, że przyszliście uzbrojeni - spojrzał po nas. - To oznacza wojnę?
- Tak - to ja odpowiedziałam. Również uśmiechałam się złowrogo. - To oznacza wojnę.
I wtedy wszystko się zaczęło.

Jev? Proszę. Rozpoczęłam wojnę. ;3 
 * - Katherine i jej solidarne wygłoszenia. XD

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz