- Wracam za dwa tygodnie - oznajmiłam mojej wilii i wsiadłam do mojego ukochanego auta.
Nie przejechałam dwóch kilometrów, kiedy odezwał się mój telefon. Warknęłam cicho pod nosem i postanowiłam nie odbierać. Po kilku sekundach znowu zadzwonił. Teraz nieźle się wkurzyłam. Stałam akurat na światłach i jedną dłonią wyjęłam komórkę z torebki. Numer nieznany. Odebrałam.
- Katherine? To ty?
Shevy? Czego ona chciała?
- Skąd masz mój numer? - fuknęłam.
- Tak jak każdego przywódcy, wisi na tablicy ogłoszeń - niemal widziałam, jak przewraca oczami. - Musisz natychmiast się ze mną spotkać.
- Mam wolne. Zadzwoń do Pavla... A zresztą i tak nie jesteś w żadnym z klanów.
- Chodzi o Jev'a.
Natychmiast spoważniałam, lecz nie dałam tego po sobie poznać i odpowiedziałam obojętnym tonem:
- Nie pamięta mnie, co sprawia, że mnie nie obchodzi.
Usłyszałam, jak wciąga powietrze z oburzenia.
- Tylko dlatego, że cię nie pamięta od razu go odrzucasz? Właśnie tak zachowujesz się na co dzień, tak? W pracy zgrywasz bohaterkę i powodujesz u swoich chęć walki i wygranej, a teraz...? Po prostu się poddajesz?
Nigdy nie sądziłam, że Shevy będzie miała rację w czymkolwiek. Szczególnie, że dotyczyło mojej osobowości. Jednak tym razem musiałam przyznać - dobrze to określiła. Po prostu się poddałam. A przecież ja nie należałam do osób, które się poddają.
- Gdzie mam przyjechać?
Spotkałam się z Shevy na zewnątrz stajni Jev'a. Co chwila zerkała przez ramię i było widać, że wytęża słuch.
- Jest tam w środku? - zdziwiłam się.
- Tak. Związałam go.
Zmarszczyłam brwi i rzuciłam jej pytające spojrzenie.
- Wymordował cały ludzki bar - oznajmiła beznamiętnie. - Najwyraźniej nie pamiętał, że był na diecie.
- O rzesz... - mruknęłam. - To trzeba będzie zgłosić. Prawo mówi, że...
- Nie obchodzi mnie prawo i nie obchodzą mnie ci ludzie - warknęła. - Trzeba przywrócić Jev'owi pamięć. Naprawdę to tak mało cię obchodzi?
- Hej. Jestem tu. Gdyby mnie to nie obchodziło to byłabym teraz w samolocie.
- Ależ wielkie poświęcenie.
- Może to cię otrzeźwi - usłyszałam głos Shevy i wiedziałam, że teraz moja kolej.
Weszłam powoli do stajni. Jev patrzył na mnie, jak na socjopatkę i nie dziwiłam mu się. Nie "poznał" mnie w zbyt dobrym świetle. Uniosłam rękę w geście przywitania.
- Ja naprawdę wolałabym być teraz w samolocie - próbowałam się wytłumaczyć. - To ona mnie zmusiła - wskazałam dłonią na Shevy.
Burknęła coś niezrozumiale.
- To co mam właściwie robić? - zapytałam.
- Wywołaj wspomnienia - wzruszyła ramionami.
- Podaj gin.
- Po co?
Uśmiechnęłam się szeroko.
- Bo lubię gin.
Przewróciła oczami i na chwilę znikła. Po kilku sekundach przybyła z butelkę ginu. Wybiłam spory łyk i spytałam:
- To co mam dokładnie robić?
Jev?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz