- Jev, nie - zaprotestowałam. - Trzeba coś z tym zrobić.
- Mówiłem, żeby później się pomartwić... - starał się mnie pocałować, ale puściłam go i wstałam.
- Nie rozumiesz, prawda? - jęknęłam. - Tu nie chodzi tylko o ciebie. Tu chodzi o tych wszystkich ludzi, których możesz jeszcze skrzywdzić. A przez to możesz zostać skazany. Wiesz, co by mi to zrobiło, Jev!?
Spojrzał na mnie z dołu, a w jego oczy przybrały ostrożny odcień. Pewnie myślał, że zaraz wybuchnę i go zostawię. Nie chciałam go ranić, ale najlepszym sposobem zdjęcia plastra jest szybkie szarpnięcie.
- Dzisiaj o piętnastej jedziemy do Londynu, do kwatery - oznajmiłam stanowczo. - Nie ma jeszcze siódmej, więc masz trochę czasu, by to przemyśleć. A teraz wybacz. Muszę zająć się pracą - wyminęłam go i weszłam do budynku.
Jev?
Przepraszam, przepraszam, przepraszam, że takie krótkie! Ale właśnie wróciłam i cierpię na wensubrakus poszkolnus. To bardzo rzadka i niebezpieczna choroba, ale się kuruję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz