piątek, 27 marca 2015

Od Katherine - CD historii Jev'a

Poranne słońce nie mogło dostać się do mojego gabinetu przez jedwabne zasłony. Były w kolorze ścian, czyli szmaragdowym, jak moje oczy. Ogólnie w pokoju panował taki sam nastrój, jak w moim innym gabinecie, w kwaterze. Tam również biurko było wykonane z solidnego, ciemnobrązowego drewna, tak samo, jak regały na książki - a raczej wielkie księgi - które były poustawiane przy ścianach prawie w całym pomieszczeniu. Oczywiście, nie było ich tak dużo, jak w mojej bibliotece, ale również więcej, niż jakikolwiek człowiek miałby ich w swoim domu.
Zapadłam się w miękki, zrobiony z czarnej skóry, fotel. Chciałam tak tylko siedzieć i gapić na monitor komputera. Po moim spacerze przespałam się trochę i, choć dręczyły mnie koszmary, wyspałam się. Jednak nie na tyle, by prowadzić normalną konwersację, więc byłam już po trzecim kubku latte. Powoli zaczynał mieć jej dosyć i tęskniłam za niesamowitym smakiem rosyjskiej earl grey.
Nagle zadzwonił telefon stacjonarny. Nareszcie. Czekałam prawie dwadzieścia minut, aż do mnie oddzwonią. Podniosłam słuchawkę.
- Dzień dobry. Czy dodzwoniłam się do Katherine Aristow? - po drugiej stronie rozległ się głos starszej kobiety, który brzmiał, jakby ona nigdy nie przestawała się uśmiechać.
- Tak, witam. Moje zamówienie cały czas jest aktualne?
- Ależ tak. Pan Pavlo Blanchard już je nawet odebrał - zachichotała. - Doprawdy, w naszej kwiaciarni nigdy nie było takiego ruchu, jak w ciągu ostatnich tygodni. Bardzo nam to pochlebia.
- Mówią, że jesteście najlepsi - rzuciłam obojętnie. - Tak, czy inaczej. Dziękuję za szybkie dostarczenie.
Ponownie zachichotała.
- Oczywiście. Już jutro będziemy mieli następną dostawę, więc werbeny nigdy nie będzie za mało.
- Rozumiem. Do widzenia - rozłączyłam się, za nim zdążyła odpowiedzieć.
Odłożyłam telefon i wyciągnęłam się na fotelu. Dobrze, że zamontowałam sobie podnóżek, bo inaczej nogi byłby w niewygodnej pozycji. Zawsze mogłam położyć je jeszcze na blacie, lecz uznałam, że nie chcę gnieść kartek, które na nim leżały. A raczej były porozwalane.
Usłyszałam pukanie do drzwi. Po chwili weszła moja gosposia, pani Freydez. Była ona człowiekiem, ale bardzo twardym, nawet jak na istotę żywą. Choć była po sześćdziesiątce, trzymała się świetnie. Nawet włosy przefarbowała na żywy, czerwony odcień i nie pozostawiła na nich ani odrobiny siwizny.
- Nie chcę pani martwić, panno Aristow, ale w mojej kuchni jest wampir - prawie zaśmiałam się, gdy usłyszałam "mojej". Cóż. Ja rzadko tam bywałam.
- Proszę się nie martwić. Będzie z nami mieszkał przez dwa tygodnie. Miałam tyle na głowie, że zapomniałam panią o tym poinformować.
Pokiwała gorliwie głową.
- Dobrze. Ale i tak będę go miała na oku. Wydaje się podejrzany.
- Każdy wydaje się dla pani podejrzany.
- Panno Aristow, nie wiadomo, jakie ma intencję. Moim powołaniem jest chronić panią. Obiecałam to panu Christopher'owi, gdy jeszcze żył.
Skrzywiłam się. Lepiej jej nie mówić, że go wskrzesiłam. Mogłaby dostać zawału, albo coś.
- Dobrze, to ja pójdę już zrobić obiad. Spaghetti będzie w porządku?
- W jak najlepszym - uśmiechnęłam się, nie mogąc się doczekać obiadu. Ta kobieta robiła najlepsze spaghetti, niż ktokolwiek inny.
Odwzajemniła uśmiech i wyszła.

Jev?
Wiem, że nudne :/ 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz