Ostrożnie chwyciłam go za rękę. Drgną pod wpływem mojego dotyku. Patrzył gdzieś w dal, jakby przypominał sobie kim jest. Dałam mu trochę czasu. Rozumiałam go. Musiał sobie wszystko poukładać. Odpowiednio zaszufladkować w swojej głowie. Oddzielić prawdę od fałszu.
Ja też musiałam to zrobić. Właśnie dotarło do mnie, jak bardzo zraniłam go moimi słowami. To było widać na odległość, że cierpiał. Nie powinnam odzywać się do niego tak, jakbym faktycznie chciała jego śmierci. Ale nie miałam pojęcia, że nagle jego uczucia się wyzwolą.
Już kilka razy widziałam, jak uczucia wyzwalają się wśród uzależnionych wampirów. Był śmiech, łzy, lecz wszystko kończyło się radością. Kończyło się happy endem.
W przypadku Jev'a było inaczej. Jego cierpienie było niemal fizycznie namacalne. Czułam je, a może sama też cierpiałam? Chciałam dzielić z nim rany na duszy. Nie mogłam zostawić go sama, w tych chwilach, w których najbardziej potrzebował pomocy. A może to ja jej potrzebowałam?
- Jev - szepnęłam, gdy uznałam, że nadszedł już czas, by się odezwać. - Jev, spójrz na mnie - nie zareagował. - Jev, proszę - delikatnie dotknęłam jego twarzy i skierowałam ją na siebie. - Proszę, musisz coś powiedzieć. Nie możesz dusić w sobie emocji. Powiedz, proszę, powiedz, co czujesz.
Jev?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz