Nie liczyłem na to, że rzuci mi się w ramiona z prośbą o przebaczenie,
ale w sumie też nie liczyłem, że w końcu przestanie być zainteresowana
tylko sobą, przez chwilę nawet myślałem, że się zmienia, ale
zmartwienie, które najbardziej ją obeszło było skrajnie ordynarne.
Czy dobra czy zła Katherine zawsze martwiła się o swoją żałosną dupę.
A ja nie miałem zamiaru dłużej na to patrzeć. Niech żyje swoim życiem, będzie nam obydwóm lepiej.
Chciałem jej jeszcze wiele powiedzieć, niekoniecznie złych słów, ale nie
zamierzałem za nią lecieć. Jeszcze mam odrobinki dumy w sobie.
***
Byłem w domu i zastanawiałem się co ze sobą zabrać. Co zrobić z Xaną i Kawalerem? Shevy może by mogła się nimi zająć.
Jak na rzut bumerangiem w drzwiach pojawiła się blondynka.
- Jev, dlaczego! - rzuciła okiem na walizkę, którą otworzyłem i
wpatrywała się w nią gniewnie, jakby to ta rzecz martwa była wszystkiemu
winna. - Nie możesz.
- A powstrzymasz mnie?! - wybuchnąłem - Zamkniejsz mnie w klatce, każesz
mi dalej przebywać w Londydnie?! To wszystko twoja wina! Gdybyś mi nie
zabrała mojego ludzkiego życia, gdybyś mnie nie zabiła, umarłbym
inaczej, na ludzkich warunkach. Nie musiałbym walczyć z rządzą krwi,
mordu, oderwania głowy każdemu przechodniowi, nie spotkałbym nigdy tej
przeklętej Katherine. Nie zdecydowałbym...
- Jev! - wtrąciła - Chciałam, żebyśmy byli na zawsze razem.
- Ale ty po mojej śmierci rozpłynęłaś się, jak cukier w wodzie. Musiałem
sam się zmierzyć z wampiryzmem. Nie masz pojęcia ilu ludzi zabiłem.
- Mylisz się, cały czas cię obserwowałam, ale nie odważyłam się...
- Przeprosić?!
- T-tak. - wyjąkała, a po jej bladej twarzy spływały łzy, które opadajac na podłogę zamieniały się w sople lodu.
- Wyjdź stąd, nie chce cię widzieć. Wyjadę, rozpocznę nowe życie, wolne od tej wampirzej maskarady.
- Ale... - zamyśliła się chwilę - Gdzie jedziesz?
- To cię nie powinno interesować. - zamknąłem ze zgrzytem walizkę i
wyciągnąłem dużą czarną torbę na ramię. Nie chciałem taszczyć ze sobą
walizki, która chociaż dla mnie nic nie waży, to będzie przeszkodą w
sprawnym poruszaniu się po terenie.
Zacząłem wkładać do niej wiązkę banknotów, jeden czarny T-shirt,
skórzaną kurtkę, kilka ważnych pamiątek, bez których moje życie byłoby
zupełnie bezwartościowe.
Shevy chwyciła mnie za ramię, próbując mnie zatrzymać, ale nic nie wskórała.
- Nie zostawiaj nas, proszę.
- NAS?!
- Koni, Cassandry, Katherine, mnie.
- Xana jest moją odwieczną kompanką i zawsze mnie znajduje, więc nie
widzę w tym problemu. Cassandra Crovl, mówi samo za siebie. Może ona i
Casper się zakumplują i połączą swoje moce? - podsunąłem z przekąsem -
Ty radziłaś sobie beze mnie trzy wieki, kolejne też wytrzymasz.
- A ona? Odrzuciłeś mnie dla niej.
- Ona ma swoje życie, teraz przynajmniej na wolną rękę może znów spać z całą Anglią.
- Nie mów tak!
- Nagle się zaprzyjaźniłyście? - zapytałem choć wcale mnie to nie interesowało - To urocze.
- Nie, ale znam cię i wiem, że będziesz tego żałował.
- Gdy wyjadę już nic mnie nie obejdzie. Będe tylko ja i moje nowe życie.
- Nie zrobisz tego. Nie wyłaczysz się! - od razu odgadła - Nie możesz. - powtórzyła
Skończyłem się pakować i wampirzym tępem przemierzyłem dom, ostatni raz go oglądając.
Shevy chodziła mi po piętach i kwiliła bym zmienił zdanie.
- A Rixon??? - chwyciła się resztki nadziei
- Rixon to Rixon, żyje własnym życiem, nie naprzykrza się mi, i za to go
lubię. Nie świruj, poradzi sobie beze mnie. Nagle wszyscy się
przejmują, ale bez przesady. A teraz proszę żebyś opuściła mój dom.
Możesz tu mieszkać, to dobra willa, ale nie szukaj mnie.
Wyszedłem z domu i pobiegłem do stajni. Z ulgą przyjąłem, że nie idzie za mną.
Za to stała przede mną.
- Idę do Xany. - rzuciłem na odchodnym
***
Xana - kochane i rozumne stworzenie dobrze przyjęło moją wiadomość.
Raczej zdecydowała zostać w Angli, ale w razie czego potrafiła mnie
znaleźć, jakbym miał w sobie nadajnik.
Pożegnałem się z nią przeczesując jej iście czarną grzywę i sierść.
Z Shevy nie zamieniłem już ani słowa. Zrozumiała, że swoimi żałosnymi prośbami mnie nie przekona.
***
W drodze na lotnisko zatrzymałem się przed szpitalem. Ktoś tam na mnie czekał.
Z cienia wyłoniła się drobna brunetka niosąc ze sobą dużą torbę.
- Witaj, Jev. - powiedziała słodkim głosikiem - Przyniosłam to o co
prosiłeś. - uśmiechnęła się - Nikt nic nie widział. - szepnęła
teatralnie rozgladając się na boki
- To wspaniale. - przejąłem od niej torbę i włożyłem zawartość do mojej torby. - Dziękuje.
Zachichotała.
- Twoja zapłatata. - mruknąłem
Przysunąłem się do niej bliżej i nachyliłem delikatnie całując jej szyję.
A następnie wbijając moje śnieżnobiałe kły w jej skórę. Czerwona ciesz
rozlała się po moim gardle rozgrzewając je i kusząc na więcej. Jednak
nie mogłem tego zrobić, musiałem się od niej oderwać.
Ciało pielęgniarki robiło się coraz bardziej bezwładne. W tym momencie
oderwałem się od niej i schowałem kły. Przeczesałem palcami jej włosy i
popatrzyłem w oczy, mówiąc:
- Zapomnij o naszym spotkaniu, o tym, że kazałem ci wykraść torebki z
krwią, że cię ugryzłem. - używając perswazji wymazałem jej pamięć. Po
spożyciu krwi byłem teraz silniejszy i mogłem grzebać w jej umyśle.
Po chwili odskoczyła ode mnie jak oparzona i zapytała:
- Kim pan jest?!
- Jestem lekarzem z wymiany, zobaczyłem, że szkło wbiło się pani w szyję
i wyciągnąłem je. Chwilowo pani straciła przytomność, proszę to wziąć -
podałem jej apaszkę, którą zawiązała na szyi.
- Dziękuje - powiedziała zahipnotyzowana.
- Nie ma za co.
***
Teraz mogłem pić przez cały lot, nie zabijając na razie żadnego
człowieka. Dopiero po przyjeździe zamierzałem wyłączyć człowieczeństwo
Siedziałem na ławce i czekałem na samolot. Miał przybyć za jakąś
godzinę. W wolnym czasie postanowiłem otworzyć jedną torebkę i znów się
napić.
Przypomniałem sobie gdy to Katherine miała gdzieś wyjechać, a ja
spieszyłem się by ją zatrzymać. Po tym incydencie zaczęliśmy ze sobą
"chodzić". Ale była to jedynie iluzja miłości.
<Katherine? Tymczasem co u ciebie?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz